TAJLANDIA KRAINA BEZ TRESOWANYCH SUMIEŃ

Blisko osiem tysięcy kilometrów stąd jest Raj albo Piekło. Coś, co wie się od zawsze, coś, co się intuicyjnie przeczuwa, do czego się dąży, choć nie nazywa. Tęsknota za czymś, co nie ma nazwy. Inna rzeczywistość, bez modelowanych zachowań, bez syntetycznego nieba, rozproszonych gestów.

Tekst i zdjęcia: Dorota Kubuj

 

Dziko, na uboczu, w harmonii, na przekór deadline’om i kolejnym tabelom w Excelu, wypełnianym po godzinach. Gdzie z dala od zgiełku zapomnieć można o wszystkim lub o wszystkim sobie przypomieć. Jak to pięknie powiedzial Oscar Wilde: „Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy spoglądają w gwiazdy”. Lubię łamać schematy, doświadczać wszystkimi zmysłami, odkrywać nieznaną przestrzeń. Zapraszam na koniec świata, dokąd prowadzi tylko jedna droga, dokąd dojechać można jedynie po nierównym asfalcie. Gdzie rzeczywistość z ekranu staje się rzeczywistością oddechu. Gdzie oczy dziecka są puentą w twarzy starego buddyjskiego mnicha, a uprzejmość i uśmiech nie skrywają wyrachowania, ułudy czy kpiny. To była  wyprawa z inspiracji przyjaciół, nasz wspólny, pierwszy dotyk Azji. Wyjazdem po nowe siły, energię, bez rezerwacji hoteli, bez książkowego przewodnika. Z czerwonymi paznokciami, błyskiem w oku, kremem z filtrem 50 UV i trzema sukienkami w plecaku… Wyjazd tym bardziej dla mnie ważny i przełomowy, że przez ponad tydzień celebrowałam tę przestrzeń także zupełnie sama. Bez pouczeń czy narzucania zbiorowych schematów.

Podróż stąd tam samolotem trwa jakieś trzynaście godzin, kolejne kilkanaście autobusem i tuk –tukiem, trójkołowym pojazdem przypominającym rikszę. Poprzez krainy, gdzie ludzie martwią się o dach nad głową, częstują dobrym słowem i uśmiechem. Gdzie już od progu czeka miska ryżu, a Mekong leniwie wije się wśród gór, połyskując w słońcu. Kolekcjonuję takie chwile, humoreski ulotności, przemijania, nieskończoności. Wciąż jest we mnie mała dziewczynka w przykrótkiej sukience w kwiaty, która pokazuje światu język. Uczulam zmysły, by wyjść z potrzasku nawyków, gotowych modeli interpretacji. Uwielbiam obserwować, zadawać pytania, szukać odpowiedzi… i znalazłam ku temu znakomite miejsca, czas oraz ludzi. Wystarczy jeden krok, decyzja, pewna odwaga, by przejrzeć się w czyjś oczach, wymienić myśli, nauczyć się odczuwać. Dawać i otrzymywać. Frywolność czy chciwość…?

Pierwszym zaskoczeniem była dla mnie sama kultura ludzi, ich piękno, dostojeństwo, spokój, wyciszenie, skromność. Większość mieszkańców Półwyspu Indochińskiego wierzy, że każda istota jest częścią kręgu reinkarnacji, czyli przechodzenia do kolejnych wcieleń. Czyli to od jakości czynów i myśli w obecnym życiu zależy postać, w jakiej przychodzimy na świat w kolejnym wcieleniu. Dobro ludzi jest tu dotykalne, odczuwalne. Sensem ich życia jest rozwój duchowy, a jego wyrazem pozytywne nastawienie do rzeczywistości, mimo trudów dnia codziennego, monsunów, ciężkich warunków ekonomicznych. Podejście do pracy i wdzięczność za jej owoce tak odmienne od naszej europejskiej postawy roszczeniowej… Same klasztory i świątynie buddyjskie są niczym magiczne zamki, rozsiane po całym regionie – pełne smoków, bogato zdobione, lśniące złotem. Ze ścianami, sufitami malowanymi na bardzo żywe i intensywne kolory. Z otaczającą je roślinnością i szarością gór kontrastują czerwienią i grantem. To miejsca otwarte dla wszystkich, przyciągające i pełne skupienia.

Drugim pozytywnym odkryciem i tematem na całą przyszłą książkę była mnogość smaków, aromatów, przypraw i ziół. Uwielbiam kuchnię tajską! Tę z ulicy, serwowaną na roboczych kuchniach, zaadaptowanych, prowizorycznych wózkach, jak i tę domową czy górską. Wielość ryb, owoce morza, soczyste: papaje, mango, kokosy. Niezliczone odmiany pat thai – smażonych makaronów ryżowych z dodatkami, w tym grilowane chrząszcze i inne – pełne białka… Podczas tej wyprawy miałam wielką przyjemność uczestniczyć w jednodniowym kursie gotowania tajskiego. Poza samym doświadczeniem i odkryciem ciekawych połączeń kulinarnych zrozumiałam, jak ważne są zioła i przyprawy w naszych codziennych daniach, harmonia w łączeniu smaków: ostrego, kwaśnego, pikantnego i słodkiego. Jak istotnie poprawia funkcjonowanie naszego organizmu i wpływa na naszą energię życiową, nasze własne nastawienie, postrzeganie świata. Trzy tygodnie degustacji dań lokalnych, przyrządzonych tuż przed podaniem, ciepłych i aromatycznych, zupełnie zmieniło moje postrzeganie kuchni czy diety. Absolutnie polecam!

Moją całkowitą nonszalancją i zdumieniem, punktem zwrotnym podróży, były dwie wyprawy, wysoko w dżunglę. Pierwsza z nich to dwudniowy trekking po górach w okolicy Chiang Mai, w północnej Tajlandii. Zwiedzanie wiosek górskich plemion Akha, Lahu i Hmong. Odwiedziliśmy wsie zamieszkane przez półkoczownicze plemiona, w których surowe warunki życia mocno kontrastują z życiem w miastach. Domy na palach, małe pola fasoli, gdzie nie ma elektryczności, a zakupy przynosi się na plecach podchodząc kilka godzin stromym zboczem. Kolejno przeżyliśmy przemarsz wśród słoni, i spływ rzeką na bambusowych tratwach. To niezwykłe, jak zwierzęta o tak dużej masie i sile, nie są świadome swej mocy, pozostają w zupełnej uległości, potulności wobec człowieka, jak delikatnie stawiają kroki. Nie zdecydowaliśmy się na przejazd na słoniach, nie popieram tego typu atrakcji. Tego dnia trekking zakończył się noclegiem w szałasie, pod i na liściach bananowca, w Parku Narodowym Nam Ha w Laosie. Choć to niezwykłe przeżycie, krwawiło mi serce, kiedy przewodnik wycinał maczetą kolejne drzewo, dla pozyskania liści do naszego szałasu, noclegu na jedną tylko noc. Niezwykłym doświadczeniem było spędzenie nocy w dżungli, gdzie roślinność warstwowo zamyka się nad głową, tworząc tunele, nieboskłon z liści, lian, gałęzi o nieznanych nam strukturach, odcieniach i formach. Gdzie o godzinie 18.00 zapada ciemność, i dotyka nas smolista głębia mroku, czerni, przy pulsujących odgłosach lasu. Tamtejsze owady są głośne, natarczywe, wydające dźwięki przeszywające niczym odgłos pracujących pił spalinowych. Nocą w szałasie rozpięta była moskitera. Nad głową przewodnika, który z czołówką wyszedł poza szałas natychmiast pojawiła się chmura nocnych motyli. Fascynujące kształty, różnorodność ich rozmiarów, dziesiątki tańczących nad głową ciem. Poranek w dżungli powitał nas herbatą z kardamonem w bambusowych kubkach. Bambus jest drzewem o mnogości zastosowań. Dzięki swej strukturze, twardości i odporności na ogień sprawdza się znakomicie jako naczynie do gotowania wody nad ogniskiem. Wystarczy nabrać nim wody z rzeki i ustawić pod lekkim kątem nad ogniem, aby za kilka minut delektować się pysznym, aromatycznym naparem. Ziół i innych jadalnych korzeni jest wokół wiele. Sam wybór, co zjadamy, a na co spoglądamy tylko z zaciekawieniem], warto pozostawić jednak przewodnikowi. My w Polsce, niestety nie korzystamy  z bogatej tradycji ziołolecznictwa i wolimy  szybsze, tabletkowe rozwiązania. W Azji kultura ziół i kuchni leczniczej, zgodnej z ajurwedą, jest wciąż żywa – naturalnie i powszechnie stosowana. Często w lokalnych restauracjach prosiłam o zupę, bez wskazywania konkretnego rodzaju. Pozostawiałam kucharzowi dobór składników i stopnia ostrości zupy mającej mnie wzmocnić. To działa! Nie jestem pewna, czy oby trafiał w moje dolegliwości, ale za każdym razem otrzymywałam pyszne danie i byłam z niego bardzo zadowolona.

Kolejną perłą w podróży było dla mnie miasto Luang Prabang, dawna stolica Lane Xang – Królestwa Słoni. Malownicze, położone na wysokiej skarpie, na brzegu potężnej rzeki w środkowym Laosie. W przeszłości to miasto było jednym z najciekawszych rejonów dawnej kolonii francuskiej – Indiochin. Obecnie znajduje się na liście światowego dziedzictwa ludzkości UNESCO i słynie z pałaców, ogrodów oraz wspaniałej architektury świątynnej. Mnie zauroczył zupełnie zespół pałaców królewskich Ho Kham, w tym liczne świątynie na nabrzeżu, oraz tekowe domy mieszkańców.

To tutaj zbierałam siły po trekkingu w górach, to tutaj medytowałam o brzasku, szukając spokoju i równowagi. To tutaj obserwowałam poranne grupy turystów, fotografujących się przy ofiarowaniu jedzenia mnichom. Godzinami jeździłam rowerem i rozmyślałam, pisałam wiersze przesiadując nad brzegiem Mekongu.

Azję polecam wszystkim. Wyprawa w tamte rejony jest wyprawą w głąb siebie. To miejsce, gdzie przeplata się znane i przeczuwane, dalekie i bliskie. Gdzie można odzyskać punkt widzenia i orientację w terenie. Gdzie jesteśmy swoi wśród obcych. Gdzie prowizoryczne domy i łóżka są przepełnione optymizmem i nadzieją, gdzie nikt nie zamyka drzwi przed drugim człowiekiem. Gdzie możemy być sobą, a reszta niech się nie liczy. Bez tresowanych sumień, bez cienia kred

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *