Siła i delikatność

Natalia Grosiak, wokalistka zespołu Mikromusic ma delikatny głos, ale wielkie serce. Czyni świat piękniejszym nie tylko poprzez muzykę – działa na rzecz zwierząt i sadzi drzewa w swoim mieście. Zaraża eko-pasją kolejne osoby.

 

Rozmawia: Andrzej Grabarczuk

Zdjęcia: Bartek Sadowski

 

Spotykamy się w Warszawie, ale nie jest to Twoje miasto…

Na co dzień mieszkam we Wrocławiu, już od ponad 15 lat. Cały zespół Mikromusic jest Wrocławia.

We Wrocławiu masz pewnie lepsze warunki do tego, by celebrować życie. Czas płynie tam jakby wolniej.

Żeby celebrować… no nie wiem.  Jak ma się dwójkę dzieci, człowiek ciągle realizuje jakiś plan i musi zmieścić się w pewnych ramach czasowych. Pobudka, odwożenie dzieci do przedszkola, przywożenie ich stamtąd, itd. Czas wolny na celebrowanie jest tylko wtedy, kiedy przychodzi niania albo są to przelotne chwile między punktami planu.

Pogadajmy o nowej płycie Twojego zespołu. Skąd wziął się ten intrygujący tytuł albumu – „Mikromusic w kwietniu”?

W kwietniu 2016 roku zagraliśmy 12 koncertów – to była cała nasza trasa koncertowa. Postanowiliśmy nagrywać nasze występy, by później wybrać najlepsze piosenki i wydać płytę. Na krążku znajdziemy koncertowe wersje utworów z płyty „Matka i żony” – promowaliśmy wtedy ten album, jest też kilka kawałków z poprzednich płyt. Nie zastanawialiśmy się długo nad tytułem. Nasza pierwsza płyta koncertowa nazywa się „Mikromusic w Eterze” – bo graliśmy we wrocławskim klubie Eter. Druga nosi tytuł „Mikromusic w Capitolu”, bo występowaliśmy w Teatrze Muzycznym Capitol, też we Wrocławiu.  Teraz odnieśliśmy się do nazwy miesiąca, w którym trasa się odbywała.

Płytę promuje singiel „Nie umrę”. Dlaczego tak młoda osoba jak Ty nawiązuje w twórczości do spraw ostatecznych?

Trudno się o tym rozmawia, kiedy siedzimy w kawiarni i gra nam skoczna muzyka, ale postaram się to w skrócie nakreślić. Tematyka śmierci jest mi bliska i bardzo mocno odznacza na płycie „Matka i żony”. Wydaje mi się, że tego, co działo się w życiu mojej rodziny – chorób, śmierci, nie przeżywałam świadomie i emocje z tym związane wyszły ze mnie dopiero w trakcie pisania piosenek.  Sądzę, że to była dla mnie forma autoterapii. Poza tym, pisząc piosenki na album „Matka i żony”, pracowałam też nad muzyką do filmu „Chemia” w reżyserii Bartka Prokopowicza, filmu opowiadającego o umierającej na raka dziewczynie.

O czym byś nie śpiewała, masz zawsze spokojny głos. Czy spokój przepełnia Cię też na co dzień?

Przez wiele lat pracowałam nad tym, żeby mieć taki spokój wewnętrzny. Nie zawsze tak było. Ale osiągnęłam taki stan, że z wielkim dystansem patrzę na siebie i to daje duży spokój.

Singiel „Nie umrę” ilustrowany jest teledyskiem, który pokazuje życie koncertowe na scenie, a także poza nią. Na klipie uchwyceni są również wasi fani. Jakie masz wyobrażenie na temat wielbicieli Mikromusic?

Nasi fani mają wiele wspólnych cech. To ludzie poszukujący, bardzo wrażliwi, pełni pasji. Muzyka Mikromusic i moje teksty bardzo często pokrywają się z ich poglądem na świat. Bywa też, że w słowach piosenek znajdują odpowiedzi na nurtującego ich pytania. Zazwyczaj po koncercie ludzie pochodzą i rozmawiają ze mną. Dowiaduję się o różnych ciekawych historiach. To są wspaniali ludzie. Z większością z nich mogłabym się przyjaźnić. Co ciekawe, na nasze koncerty przychodzi dużo osób z dziećmi. Najmłodsi bardzo lubią naszą muzykę, mimo że piosenki Mikromusic często są melancholijne.

Wasza płyta ma nietypową dystrybucję. Można ją kupić tylko poprzez sklepy internetowe zespołu oraz managmentu, a także podczas waszych koncertów. To pokazuje waszą niezależność. A czy czujecie się niezależni również artystycznie?

Zawsze byliśmy niezależni artystycznie. Nikt nigdy nie miał żadnego wpływu na to, co robimy. Przez parę lat byliśmy pod skrzydłami wytwórni i też robiliśmy, co chcieliśmy. Nikt nawet się nie śmiał ingerować w naszą twórczość.

Czy nie kusiło was, by zrobić coś, co schlebiałoby gustom szerokich mas?

Wydaje mi się, że przestałabym mieć do siebie szacunek, jeśli nagle miałabym robić coś, czego nie lubię. W mojej pracy pasja pokrywa się z pracą. Dzięki temu, że kocham to, co robię,  jestem szczera, i dlatego podobam się ludziom . Gdybym miała coś zrobić pod publikę, straciłabym tę szczerość, straciłabym to coś, co przyciąga ludzi i się podoba.

Czy masz w planach płytę solową?

Ludzie pytają mnie o płytę solową już od wielu lat, ale ja nie mogłam dojrzeć do tego. W końcu zaczynam coś robić w tym kierunku. Myślę, że jesienią powinna się ukazać moja debiutancka płyta solowa. Chcę, żeby było to coś odmiennego od tego, co robię z zespołem. Wiadomo, że piosenki Mikromusic tworzę wspólnie z Dawidem Korbaczyńskim. Dlatego teraz postanowiłam muzykę oddać komuś innemu do zrobienia. O tym na razie jeszcze nie chcę mówić. Myślę, że zaskoczę fanów.

Definiuje Ciebie nie tylko muzyka. Jesteś działaczką na rzecz zwierząt. Co do tej pory robiłaś w tym zakresie?

Dopóki na świecie nie pojawiły się moje córki, prowadziłam dom tymczasowy dla bezdomnych zwierząt. Wciąż współpracuję z wrocławskimi fundacjami: Ekostrażą i Dwa Plus Cztery.  Co rusz dostawałam od nich jakiegoś bezdomnego psiaka, który zamiast trafić do schroniska, trafiał do mojego domu. Często była to praca od podstaw –  z psem, który nie umiał załatwiać się na dworze, który miał problemy behawioralne. Teraz ze względu na dzieci, ilość koncertów i różne obowiązki mam tylko jednego psa.

Masz słabość nie tylko do psów, ale również koni. Wiem, że regularnie bierzesz udział w obozie konnym pod Poznaniem. 

Tym pięknym miejscem, które odwiedzam, jest Ośrodek Szkoleń i Rekreacji „Jansówka” w Kuślinie. Szanuje się tam konie. Gdy przechodzą na emeryturę, zostają w Ośrodku. Nie ma tam czegoś takiego, że koń który nie jeździ, zostaje sprzedany na ubój i w strasznym warunkach jest transportowany do Włoch. Bardzo zależy mi też na tym, aby jeździć w takich miejscach, gdzie uczy się stylu jazdy, który jest jak najmniej inwazyjny dla zwierzęcia.

Obcujesz z naturą w jeszcze jeden sposób – sadzisz drzewa we Wrocławiu.

Zaczęło się od tego, że wraz z mężem wprowadziliśmy się siedem lat temu do kamienicy. Na podwórku było tylko jedno drzewo, a wiedziałam, że chcę, aby za naszym oknem było zielono. Pojechaliśmy kiedyś na plan zdjęciowy. Reżyserowi w kadrze przeszkadzały młode brzózki, więc kazał je wyrwać. To było na jakimś polu. Ja byłam tak oburzona jego decyzją, że wzięłam te wszystkie drzewka do Wrocławia i zasadziłam pod moim balkonem. Z tych pięciu brzózek przetrwała jedna. Wyobraź sobie, że mieszkamy na drugim piętrze i ona już nam zagląda do okna.

Niesamowite!

Pod moją kamienicą zasadziliśmy już mnóstwo drzew. Działaliśmy na małą skalę – tylko wokół domu i na podwórku. Ale gdy mój mąż zaczął kupować drzewa na Allegro, bo zobaczył jak bardzo są tanie, zaczęliśmy je sadzić nawet pół kilometra od domu, tam, gdzie uważamy, że by się przydały. Do wspólnego sadzenia zapraszamy też sąsiadów. Oczywiście później te wszystkie drzewa podlewamy. Niestety połowa drzew jest wyrywana, albo łamana. Nie wiem, dlaczego ludzie je niszczą. Wierzę w to, że większa część tych drzew przeżyje i za chwilę będziemy się cieszyć ich pięknem.

Chyba bardzo przejmujesz się kondycją świata? 

O tak! Wiem już o tylu problemach, z jakimi mierzy się nasz świat, że kolejne informacje na temat po prostu mnie dołują. Moje credo jest takie, że trzeba działać lokalnie na swoim poletku. Uważam, że to bardzo dobra idea, ponieważ widzę, że nasze sadzenie drzew na podwórku działa. Nasza sąsiadka z kamienicy naprzeciwko zaczęła też sadzić kwiaty i krzewy. Nasz sąsiad sam z siebie posprzątał trawnik przed jesienią. Działając lokalnie, dajemy przykład. A pamiętam, że jak sadziłam pierwsze moje drzewa na podwórku, to ekipa pijąca piwo koło trzepaka, po prostu się z nas śmiała. Teraz wszyscy widzą, że pod naszą kamienicą jest przepięknie – jest zielono i ptaki nam śpiewają. Ludzie zaczynają działać. Widząc przykład, sami nie boją się posadzić drzewa albo jakiegoś kwiatka. Moja starsza córka, jak widzi papierek na ulicy, to podnosi go i wrzuca do kosza. Ma ten przykład od nas.

Jeśli odwiedzę Cię we Wrocławiu, jakie niezwykłe miejsca radzisz mi zobaczyć?

Koło naszego domu jest przepiękny zapomniany cmentarz żydowski. Mieści się przy ulicy Ślężnej w dzielnicy Krzyki. Polecam ci też wspaniałą klubokawiarnią, prowadzoną przez artystyczne małżeństwo. Nazywa się Mleczarnia. Odnajdziesz ją w Dzielnicy Czterech Świątyń. Lokal urządzony jest w starym stylu. Od 15 lat pracuje tam ta sama ekipa. W Mleczarni nie zatrudnia się studentów jako barmanów, którzy popracują jeden sezon. Co roku jestem na urodzinach Mleczarni. To naprawdę miejsce z duszą.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *