Serce i głowa dbają o siebie

 

 

Natalia Przybysz – wokalistka, artystka, koneserka muzyki, ambasadorka targów Slow Fashion… Jaka jest naprawdę?

Na czym według Pani polega idea Slow Fashion i czy łączy ją Pani ze swoją muzyką?

Chodzi o powrót do korzeni. Czasów, kiedy w szafach mieliśmy dużo mniej i bardziej lubiliśmy to, co tam było. Również wiedzieliśmy, kto nam wytworzył daną rzecz, do kogo udać się, żeby to zreperować albo przerobić. Dla mnie to odwrót od masowych produkcji w krajach Trzeciego Świata. Fair Trade. Skupienie się na potrzebach, a nie zachciankach. Moja muzyka powstaje powoli, very, very slow, bo wszystkie piosenki najpierw muszę przeżyć, żeby o tych przeżyciach napisać. Jest wolna od nacisków ze strony przemysłu płytowego i robię ją z moimi ulubionymi muzykami, którzy z kolei grają to, co czują w sercach.

12805655_1058376304233489_6930636695189508815_n

Bycie ambasadorką 5. i 6. edycji Slow Fashion to wyzwanie, czy przyjemność? Jakie niesie ze sobą obowiązki?

Przyjemność. Zdjęcia w bukiecie tulipanów i możliwość powiedzenia kilku słów w spowolnionym tempie w mediach jest dla mnie frajdą. Odwiedziłam też warszawskie targi i było tam bardzo fajnie.

Ostatnią edycję Slow Fashion promuje Pani dwoma pięknymi zdjęciami. Jest Pani na nich nago. Na jednym z nich subtelnie zakrywa się Pani bukietem tulipanów. Czy udział w sesjach zdjęciowych sprawia Pani przyjemność ?

Sesje zdjęciowe to rodzaj przedziwnego performansu. Zawsze analizuję temat i staram się podejść profesjonalnie do zdjęć, jednak zdecydowanie wolę śpiewać, ale czasem zdarza się, że jest to praca z super ludźmi i potrafię się nawet pobawić. Pozuję, śmieję się i sprawia mi to ogromną radość.

Jak opisałaby Pani swój styl ubierania się?

Na co dzień jestem dresiarą lub farmerką, a na scenie staram się być Tomaszem Stańko. Wolę stroje, które mnie nie krępują, dają możliwość uwolnienia tego slow, które we mnie drzemie. Lubię też nakrycia głowy: czapki, kapelusze.

natalia-149

Czy ma Pani w swojej szafie takie ubrania, które niosą ze sobą szczególny sentyment np. wspomnienie jakiegoś koncertu, ważnej dla Pani chwili ?

Mam kamizelkę kupioną od Cyganki z Goa zrobioną z setki lusterek i pierścionek ze starych rupii od innej Cyganki, który ze mną grał trasę Kozmic Blues. Mam sweter – nieśmiertelny – który dostałam od mamy. Mama ten sweter dostała od koleżanki w liceum plastycznym. Mam też t-shirt z górą z Nowej Zelandii, w którym urodziłam swoje dzieci. To był t-shirt mojego chłopaka, który dostał od przyjaciela Filipa.

Czy wymienia się Pani ubraniami z siostrą, Pauliną Przybysz?

Mamy jedną taką spódnicę, którą się wymieniamy. To jest spódnica z Oxaci, którą dostałyśmy od mamy naszych przyjaciółek z Meksyku. Spódnica zrobiona przez jej babcię. Jest super funkcjonalna z kieszeniami i pięknymi tęczowymi haftami. Niezniszczalna.

Jakie tkaniny najchętniej Pani zakłada?

Miękkie. Jestem kinestetykiem. Lubię wszystko co działa i koresponduje z moim wzrokiem, słuchem, ale i zmysłem dotyku. Jestem bardzo wrażliwa na tkaniny, dlatego najczęściej wybieram te miękkie, które idealnie dopasowują się do mojej skóry i niczym jej nie podrażniają, są delikatne.

 

Czym dla Pani jest idea slow life i jak stosuje ją Pani w życiu ?

Akceptuję i wierzę w istotę slow. Nie jem i nie piję stymulantów (kawa, herbata, cukier) w obawie przed tzn. zamułką. Pozostaję weganką. Wierzę w to, że serce i głowa dbają o siebie nawzajem. Pasę się powoli jak szczęśliwa krowa. Czuję wolność, gdy grzyb (Candida) ani boss korporacyjny nie każe mi się pośpieszyć i więcej osiągnąć. Ostatnio odkrywam moc lenistwa, oczywiście dzieje się tak od niedawna, dopiero chorowanie z przepracowania mnie tego nauczyło. Nie wiem, czy można jakoś to wiedzieć wcześniej… Zbawienne istnienie domu i tego, by on był naszym sanatorium i oczyszczalnią. Joga jest mi totalnie potrzebna. Pomaga przede wszystkim głowie, ale także zmysłom i ciału, ukazując małe skrawki duszy, na której obserwację nikt dziś nie ma czasu, jednak religią pozostaje muzyka.

Shy Albatross to Pani najnowszy projekt. Czy może Pani o nim szerzej opowiedzieć?

To długa historia i nie umiem tak w jednym pytaniu. Esencjonalnie powiem, że przyszło mi współgrać z genialnymi ludźmi i bardzo się rozwijam w tym zespole. Raphael Rogiński, Miłosz Pękala i Hubert Zemler to fantastyczni ludzie, czuję rozgoryczenie, gdy przestajemy grać. Muzyka jest magiczna, a stuletnie amerykańskie i nie tylko amerykańskie teksty o losach kobiet, które trafiły na naszą pierwszą płytę stają się coraz bardziej aktualne dziś w Polsce.

Z którego z projektów lub piosenek jest Pani najbardziej dumna ?

Dumna jestem za każdym razem, gdy mam publiczność i ona śpiewa ze mną. To jest ten moment na scenie, kiedy staję, a widownia odczuwa to, co ja. Chcę im w tym szczególnym momencie przekazać jak najwięcej emocji od siebie. Wtedy atmosfera staje się magiczna i jestem najszczęśliwszym człowiekiem ma świecie.

Jak dobiera Pani swoje ubrania? Czy zwraca Pani uwagę na jakość materiału, pochodzenie?

Mam stylistkę – mistrzynię, która mnie totalnie czuje i ratuje! Sama nie czuję się w kwestii poszukiwań i doborów. Mam swój styl, ale nie mam siły do pracowania nad nim. Karolina Gruszecka jest moim nauczycielem i zbawieniem. Nie chcę skóry naturalnej i futer – ona o tym wie i to szanuje. Nie umiem się poruszać na obcasach, za to lubię spodnie i garnitury.

Czego nigdy w życiu Pani by założyła?

Futra naturalnego, jest to wbrew moim poglądom. Nie byłabym w stanie założyć i nosić futra.

Czy wybiera Pani częściej stylizacje kobiece, czy na tzw. „chłopczycę”?

Częściej jestem chłopczycą, lubię spodnie, wspomniane wcześniej garnitur i ogrodniczki. Zdecydowanie swobodniej czuje się w trampkach czy kowbojkach niż szpilkach. Jestem raczej typem dziewczyny w rozpiętej koszuli w kratę, niż w starannie zapiętej pod samą szyję białej koszuli. Wolę stylizacje, które nie ograniczają mojej osobowości, ale współgrają z nią.

Czy zdrowy tryb życia, który Pani promuje dodaje Pani energii na koncertach? Co jest Pani ulubionym posiłkiem przed koncertem?

Długo nie potrafiłam zapanować nad adrenaliną i zużyciem energii na scenie, cierpiałam na koszmarne migreny. Zostałam z nich wyleczona przez dr Lidię Trawińską. Nauczyła mnie też co jeść przed i po koncertach, dzięki temu czuję, że mam dużo więcej sił, a głos regeneruje się bardzo szybko. Najczęściej przed koncertami jem komosę ryżową z warzywami, kocham też fasolę Jaś, bakłażany i pieczony topinambur.

Rozmawiała: Katarzyna Szperna

Zdjęcia: Grupa Slow,http://grupaslow.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *