Robię szczęście

Szuka modeli i strategii na bycie szczęśliwym. Twierdzi, że szczęście można robić. Nigdy nie doświadczył zespołu napięcia powakacyjnego, bo kocha swoją pracę. Wzrusza się, gdy córka mówi do niego „tatusiu”.

Autor: Andrzej Grabarczuk

Czy Polacy żyją według filozofii slow life?

Większość z nas żyje w pośpiechu. Jesteśmy na dorobku. Statystyczny Polak pracuje tygodniowo 51 godzin. Co dziesiąty jest zatrudniony na dwa etaty. Generalnie, ludzie pracują więcej niż powinni. Rocznie na życie zawodowe poświęcamy dwa tysiące godzin. Dla porównania, Niemcy pracują ok. 1400 godzin. Oni osiągnęli już wysoki status i mogli sobie pozwolić, by zająć się slow life. Są też na innym poziomie świadomości jako kultura.

Nie namówimy Niemca, żeby pracował w weekend.

Namówimy za to, by w weekend w Niemczech chętnie pracowały inne nacje – np. Polacy, bo dostaną dwa razy większą stawkę. Ciekawe, że slow life dotyczy też osób, które nigdy nie podjęły działań , by osiągnąć tradycyjnie rozumiany sukces i wolą funkcjonować w swoich małych światach. Oni też żyją slow, tyle, że nieświadomie. W Polsce wielu zwolenników życia bez pośpiechu jest wśród przedstawicieli generacji Y – to ludzie urodzeni po roku 80. Dla nich styl życia jest istotniejszy od tego, co motywowało ich rodziców – zarabiania pieniędzy. Z każdym rokiem filozofia „igreków” coraz bardziej będzie definiować ogólne wartości Polaków.

Czy polskie firmy dbają o to, by pracownicy mogli zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym?

Od 13 lat zajmuję się coachingiem i szkoleniami. Mam 200 dni szkoleniowych w roku. W Polsce, do tej pory, dostałem tylko jedno zlecenie, żeby wyszkolić menedżerów z zakresu work-life balance. Poprosiła mnie o to polska firma działająca międzynarodowo. Prowadzę jednak szkolenia, które pośrednio ułatwiają znalezienie równowagi pomiędzy różnymi sferami życia. Namawiam pracowników do uprawiania sportu, uczę ich zarządzania emocjami, stresem. Work-life balance znajdzie się w centrum zainteresowania dopiero za jakiś czas, gdy uświadomimy sobie, jakie są cienie sukcesu jedynie zawodowego.

IMG_1148

Jakie codzienne czynności lubi Pan celebrować?

Bardzo lubię celebrować espresso. Temu rodzajowi kawy chętnie nadałbym nazwę slowpresso (śmiech). Najpierw przez dłuższą chwilę wącham kawę, później dopiero ją smakuję. O moich doznaniach decyduje tak wiele czynników. To, w jaki sposób kawa była parzona, w jakiej filiżance ją podano, jaka jest pora dnia, mój nastrój, itd.

Kawę pije Pan powoli, ale później dostaje Pan „kopa” energetycznego…

To zależy, jak się do tego podchodzi. Spędziłem tyle lat medytując, że mogę się oddzielić od tego skoku energii i się z nim nie identyfikować. Nawet jak moje serce wali, wiem, że to jest reakcja ciała, a nie moja. Patrzę na to z boku. Weźmy inną sytuację. Nie powiem, że jestem zestresowany. Powiem – moje ciało odczuwa stres.

Co doradziłby Pan osobom, które wracają po urlopie do pracy i chcą uniknąć przygnębienia?

Wiele osób wracających z wakacji ma zespół napięcia powakacyjnego. Symptomy to bóle głowy, zdenerwowanie, problemy z koncentracją, kiepski nastrój, itd. Patrzę na ten problem z dwóch perspektyw. Z jednej strony, wracając do biura, możemy zacząć pracę od łatwiejszych zadań, nie brać od razu dużo na głowę, rozplanować zadania, itd. Z drugiej – jeśli ktoś nie lubi swojej pracy, to będzie przeżywać katusze każdego dnia. Ja nigdy nie doświadczyłem zespołu napięcia powakacyjnego, bo kocham to, co robię.

Jest Pan coachem. Jak reaguje Pan na zarzuty, że coachowie to manipulanci, ludzie bez odpowiedniej wiedzy i doświadczenia?

Reaguję tak samo jak lekarze, którzy słyszą, że są pachołkami firm farmaceutycznych. Jak sprzedawcy, którzy rzekomo wciskają drogie produkty staruszkom. Każdej profesji coś się zarzuca. Jest faktem, że coachem może być każdy po skończeniu chociażby internetowego kursu w Anglii. Aktualna moda, potrzeby rynkowe i wizja dużych pieniędzy sprawiają, że jest to zawód, który przyciąga coraz więcej ludzi. Siłą rzeczy, im więcej coachów, tym więcej takich, którzy mają mniejsze kwalifikacje. Jednak każdy przypadek musi być indywidualnie rozpatrywany. Osoby takie jak ja nie usłyszą, że są niewykształconymi coachami, bo skończyłem chociażby trzy fakultety i dużą liczbę kursów. Poza tym, weźmy pod uwagę pewien ważny schemat kulturowy. Polacy są jedną z najbardziej nieufnych nacji na świecie. Według badań prof. Janusza Czapińskiego tylko 12% Polaków jest przekonana o tym, że inni mają dobre intencje. Tak więc permanentnie podejrzewamy, że ktoś chce nas wykorzystać i to także wpływa na zniekształcenie obrazu zawodu.

IMG_1056  mateusz_grzesiak_lifteube_12062014_11(1)

mateusz_grzesiak_lifteube_12062014_13

Wróćmy do zagadnień poradniczych. My idziemy do pracy, a nasze dzieci do szkoły. W jaki sposób obudzić w nich pasję do nauki?

Odniosę się do własnego życia. Swojej córce demonstruję przydatność różnej wiedzy. Jakiś czas temu po raz pierwszy wybrałem się z nią na basen. Wszedłem do wody i zacząłem pokazywać jej, w jaki sposób można się świetnie bawić. Zrobiłem kilka kółek, nurkowałem. Adriana chciała robić to samo. Trzymając ją za ręce, pozwoliłem, by weszła do wody. Szybko się zorientowała, że się topi. W ten sposób nabrała motywacji, by nauczyć się pływać. Po pół roku potrafiła już nurkować na dwa metry. Inną metodą jest stworzenie kontekstu, w którym nauczenie się czegoś, jest konieczne, by dobrze funkcjonować. Adriana ma 4,5 roku i zna biegle trzy języki – polski, angielski i hiszpański. Dlatego że stworzyliśmy z moją żoną Meksykanką system, w którym ja ciągle mówię po polsku, ona po hiszpańsku, a w przedszkolu obowiązuje angielski. Kolejna metoda, którą stosuję – codziennie wieczorem pytam córkę, czego się w danym dniu nauczyła. Czytam jej bajki i zadaję pytania uczące myślenia.

Jakie stawia Pan sobie cele realizując projekt „ojciec”?

Chcę wychować moją córkę na etyczną, mądrą, efektywną, holistyczną i międzynarodową osobę. Będę ją wychowywać mniej więcej do 14 roku życia. Później zacznę być bardziej przyjacielem, mentorem, bo nie wierzę w model, że rodzicem jest się do końca życia. Ten, kto chce dawać rady nastoletniemu dziecku, niewiele wskóra.

Co pięknego spotkało Pana w ostatnim czasie?

Od jakiegoś czasu moja córa ciągle mówi do mnie „tatuś”. Wcześniej mówiła „tato”. To mnie zupełnie rozkleja. Słowo „tatuś” ma w sobie tak ogromną ilość miłości, ciepła. Kiedy Adriana krzyczy „tatuś”, potrafię wszystko rzucić i przybiec do niej.

A jakie doświadczenie było dla Pana najbardziej traumatyczne?

W październiku zostałem uprowadzony w Sao Paulo. Jak zwykle po przylocie, odebrał mnie organizator szkoleń. Gdy jechaliśmy przez miasto, nagle uderzył w nas inny samochód. Zatrzymaliśmy się na poboczu. Kierowca poszedł sprawdzić, co się stało. Wrócił z dwoma bandytami. Mimo pistoletu przy ciele, zachowałem zimną krew. By przeżyć i nie stracić całego dobytku, stosowałem różne techniki psychologiczne i komunikacyjne. Zacząłem np. rozmawiać z nimi tak, jakby to byli moi kumple. Na końcu mnie przepraszali za to, co się wydarzyło. Później swoim kursantom mogłem wyjaśniać, jak powinni zachowywać się w takiej sytuacji. Opowiadałem o tym również w polskiej telewizji.

IMG_0969

Pana najnowsza książka nosi tytuł „100 happy days, czyli jak się robi szczęście w 100 dni”. „Robić szczęście”… Hmm, to ciekawa figura językowa.

Szczęście to dla większości Polaków jakiś abstrakcyjny koncept. A dla mnie to podejście do życia, które wiąże się z tym, że jestem kowalem swojego losu. Tworzę takie sytuacje, które pozwalają mi czuć się szczęśliwym. I dlatego robię szczęście. Polacy są kulturą romantyczną i oni uważają, że rzeczy same się dzieją, i to jest spontaniczne i prawdziwe. Ja patrzę na to również naukowo i trochę w stylu niemieckim, czyli szukam modeli i strategii na bycie szczęśliwym. Ta książka łączy oba podejścia, czyli analitycznie opisuje moje codzienne doświadczenia.

Skoro stara się Pan być kowalem swojego losu, ciekawi mnie, w jakich okolicznościach poznał Pan swoją żonę.

W 2008 r. chodziłem z kursantami po ulicach Mexico City i tłumaczyłem im, w jaki sposób poznawać nieznajome osoby. Jeden ze studentów zapytał mnie, czy tę technikę można wykorzystać do podrywania dziewczyn. Odpowiedziałem, że jak najbardziej. Poprosił więc, bym zagadał do wskazanej kobiety. Dzisiaj ta kobieta jest moją żoną. Poznanie było spontaniczne, a siedem lat małżeństwa to już mądre zarządzanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *