„Osobliwy zakątek” to powrót do przeszłości. Maria Orciuch opowiada o swojej najnowszej książce

Szarobure czasy PRL-u to zdumiewający paradoks. Myślimy o nich w kontekście złego, które na szczęście minęło. Zarazem jednak okres ten budzi w nas pewne rozrzewnienie, tęsknotę za ulotną wyjątkowością. Oniryczne wspomnienia z dzieciństwa Marii Orciuch, przypadającego na lata 60. i 70., stały się kanwą jej książek, które przypominają o tym, co w PRL-u było najpiękniejsze i warte komemoracji.

Dawniej było lepiej?

Maria Orciuch: Na pewno inaczej. Ważne jest to, że owo „dawniej” minęło, zostawiając w każdym z nas wyraźne ślady. Nasza tożsamość jest w zasadzie z tego „dawniej” zbudowana. Składamy się z przeżytych emocji, wrażeń, tragedii, radości. Nawet jeżeli wydaje nam się, że wiele faktów wyleciało z głowy, one nadal tam są – wystarczy zdmuchnąć warstewkę kurzu niepamięci.

Pięknie powiedziane. Jakie wspomnienie z dzieciństwa poruszyło Pani wyobraźnię tak bardzo, że aż skłoniło do pisania?

MO: Trudno mi przytoczyć konkretne wydarzenie. To był po prostu czas mojego dzieciństwa. Dziecko jest po trosze małym egoistą, skupia się głównie na sobie, a świat wokół po prostu jest, jaki jest. Obrazy dzieciństwa zapisały się w mojej pamięci w sposób nadzwyczajnie trwały, co pozwala mi odtwarzać je w dowolnej kolejności i – co bardzo istotne – zawsze w jakości HD! Sięgam po nie jak po książki na półce. Odkąd pamiętam, zawsze potrafiłam tak „odlatywać” w przeszłość.

Wydała Pani dotąd dwie książki: „Gdy dojrzeją śliwki” i „Osobliwy zakątek”. Jako że narratorką jest kilkuletnia dziewczynka, obserwujemy rzeczywistość PRL-u jej oczami. Wszystkie trudy codziennego życia tamtych lat są tu mniej istotne od przygód, lodów, przejażdżki konnej, nocnej kąpieli w jeziorze i psot, dzięki czemu czytelnik doświadcza tego, co przyjemnie łechce jego dziecięce ego. Ale są i takie momenty, w których serce podchodzi do gardła…

MO: Obie książki to ludzkie historie. Zawsze miałam niezwykły talent do pakowania się w nie do końca swoje sprawy, bo wydawało mi się, że beze mnie świat się zawali. Skutki tej nadmiernej aktywności były, oględnie mówiąc, różne, ale dzięki temu nazbierało się trochę fajnych historii. Sądzę, że fakt, iż działo się to w czasach PRL-u, nie ma znaczenia nadrzędnego. To było nasze tu i teraz, innej rzeczywistości nie znaliśmy. Nasz świat to były cerowane skarpety i ubrania po starszym rodzeństwie, ale także ulubione cukierki – rybki, przepyszne murzynki i lody o niebiańskim smaku prawdziwej śmietanki. To były łyżwy „gwintówki”, przykręcane do zniszczonych butów, i połatane porcięta, lecz jednocześnie wspaniałe zabawy w podchody czy chowanego, będące przestrzenią integracji dzieciaków z całego miasteczka. Było też ogromne poczucie bezpieczeństwa. Wzrastaliśmy w miejscu, gdzie wszyscy się znali, zarówno dorośli, jak i dzieci, żadne zło nie czyhało za rogiem ulicy, a kilkuletnie maluchy swobodnie buszowały po ulicach i podwórkach.

Przez lata nosiłam te czasy w sercu, aż postanowiłam przywrócić obraz dzieciństwa, w niewielkim choćby zakresie. Ośli upór pomógł mi w zdobyciu i zgromadzeniu wielu przedmiotów używanych w latach 50. i 60. Jestem dumną posiadaczką przykręcanych łyżew, elementarza, zabawek, lampy naftowej z domu mojej koleżanki i innych bliskich sercu rupieci, a ozdobą kolekcji jest przepiękny emaliowany nocnik… Kiedyś zrobię z tego wspaniałą wystawę, na razie kilkakrotnie zamieściłam zdjęcia swoich „trofeów” na Facebooku. Ku mojemu zdumieniu wywołały lawinę wspomnieniowych postów. To ugruntowało mnie w przekonaniu, że warto gromadzić skarby przeszłości, choćby były to przedmioty zupełnie prozaiczne, ponieważ potrafią wywołać przecudne ludzkie reakcje, otworzyć pamiętniki dusz, zachęcić do rozmowy.

Cudowna kolekcja, nie dziwię się, że zaangażowała ludzi w ożywioną dyskusję o minionych latach! Podobno dostaje Pani też mnóstwo wiadomości od czytelników – zarówno e-maili, jak i listów pisanych ręcznie, co dziś naprawdę stanowi wyjątek.

MO: Listy zaskoczyły mnie absolutnie. Krótkie komentarze czy kilkuzdaniowe wiadomości na Facebooku są bardzo miłe, jednak listy napisane odręcznie na papierze powodują, że wzruszenie sięga zenitu. Bo czymże sobie zasłużyłam na to, że obca osoba, która nagle przestaje być obca, poświęca mnóstwo czasu i wysiłku, aby taki list stworzyć? Staram się odpowiadać na każdy z nich, chociaż wymaga to czasu, ponieważ są to sprawy niezwykłe.

Niezwykłe?

MO: Każdy list to czyjaś historia, emocje, wspomnienia wydobyte z mroków pamięci, to obudzone dobre duszki przeszłości. Pozwalają pobyć znów dzieckiem, z jego radością i prostotą postrzegania świata.

Spodziewała się Pani, że publikacje wywołają aż takie poruszenie?

MO: Nie. I do tej pory nie do końca rozumiem zamieszanie, jakiego narobiłam. Jednak bardzo się cieszę, że moje skromne historyjki zachęcają czytelników do podróży w przeszłość, do zatrzymania się w biegu i zajrzenia we własną duszę.

Pierwsza książka, „Gdy dojrzeją śliwki”, ukazała się 2016 r. Co, poza lawiną ciepłych słów ze strony czytelników, debiut literacki zmienił w Pani życiu?

MO: Książka trafiła do księgarń w czerwcu, czyli w okresie nadzwyczajnej aktywności zawodowej pszczelarzy [Maria Orciuch jest z wykształcenia i zawodu pszczelarzem, wraz z mężem prowadzi rodzinną pasiekę Gospodarstwo Pszczelarskie Bartnik – przyp. red]. W związku z tym zaczął się dla mnie czas przebieranek. Rano zakładałam koszulkę firmową Bartnika i prowadziłam zajęcia edukacyjne dla dzieci, które przyjeżdżały na wycieczki do naszego gospodarstwa. Potem wdziewałam strój pszczelarski i pędziłam do pracy w pasiece, a wieczorem przebierałam się za „panią Marię” i podążałam na spotkania autorskie z czytelnikami.

Spotkania, którym daleko do zwykłych odczytów literackich…

MO: Daleko, ponieważ nie ma na nich literata. Jestem ja, osoba, która po prostu opowiedziała kawałek historii swojego świata. I są osoby, do których te opowiastki przemówiły. To tworzy niezwykłą więź, wręcz namacalne porozumienie. Dlatego najbardziej lubię kameralne spotkania, kiedy mogę zajrzeć w oczy każdemu z rozmówców.

O co najczęściej pytają czytelnicy?

MO: Sztandarowe na każdym spotkaniu jest pytanie o motyw. Kiedy słyszę sakramentalne: „Co panią skłoniło do napisania książki?”, wpadam w lekki popłoch. Bo co mam powiedzieć? Że Miś z Tym Drugim [pseudonim głównej bohaterki oraz imię jej wyimaginowanego alter ego – przyp. red.] idą ze mną krok w krok, przez całe życie? Że tak naprawdę kawałek dziecka został we mnie na zawsze i odzywa się w najbardziej nieodpowiednich momentach? W swoich książkach po prostu wypuściłam ich na wolność, żeby trochę sobie pohasali. A poważnie? Szkoda było, żeby pewne historie rodzinne zginęły zagrzebane w mrokach przeszłości.

Te historie w niezwykły sposób poruszają pokryte kurzem struny pamięci i pokazują, że wbrew pozorom i wbrew codziennej bieganinie każdy z nas ma ochotę się zatrzymać i zatopić we wspomnieniach.

MO: Kiedy uczestniczę w czyjejś opowieści, jest to dla mnie magnetyczne doświadczenie. Na spotkaniach z czytelnikami wspomnienia wypływają w trakcie rozmowy. Wystarczy też przeczytać mały fragment książki, żeby przenieść uczestników w tamte czasy [fabuła obu książek, „Gdy dojrzeją śliwki” i „Osobliwy zakątek”, jest osadzona w latach 60. XX w. – przyp. red.]. I kiedy na twarzach odbiorców pojawiają się uśmiechy, wiem, że oczami pamięci oglądają oni film ze swego dzieciństwa.

To musi być wyjątkowe przeżycie – i dla czytelników, i dla Pani jako autorki. Niejeden pisarz marzy, by jego książki wywoływały emocje i skłaniały do rozmowy, tym bardziej tak szczególnej.

MO: Przeżywam dogłębnie każde spotkanie, ponieważ zdaję sobie sprawę, że zamiast „wałkowania” mojego tekstu odbywa się odkrywanie przeszłości osób często mi nieznanych. Wchodzimy wtedy razem z tym obcym-nieobcym człowiekiem w świat jego dzieciństwa – radosny i piękny. To jest nawet trudne do opowiedzenia, ponieważ nie spodziewałam się, że niewinne opowiastki o Misiu i jego rodzinie otworzą przede mną drzwi do ludzkich serc i dusz. Takie spotkania są dla mnie bardzo miłe, bo podczas nich płyną niezwykłe opowieści. Z czytelnikami – a są nimi w dużej mierze osoby pamiętające PRL, urodzone i dorastające w tamtym okresie – nadajemy na tych samych falach. Używaliśmy podobnych sprzętów, pamiętamy te same zdarzenia. Na każde spotkanie zabieram ze sobą też kultowe cukierki – rybki, które pewnego dnia znalazłam w sklepie w Bydgoszczy. Od razu wywołują aplauz i dają początek słodkim wspomnieniom.

Pani książki czytają jednak nie tylko ludzie dojrzali, lecz także młodzież. W tych czytelnikach książkowe opowieści wspomnień nie budzą…

MO: Z młodymi odbiorcami sprawa przedstawia się zupełnie inaczej. Bo jak im wytłumaczyć, czym były gwintówki lub karadejka? Albo że dzieci jeździły na rowerze pod ramą? Jednakże wielka ciekawość dzieciaków, chcących poznać tę przedziwną przeszłość bez internetu i telefonów komórkowych, dopinguje mnie do zbierania najróżniejszych – realnych i metaforycznych – skarbów minionego czasu, którymi dzielę się z innymi.

„Osobliwy zakątek”, Pani druga książka, wydana w maju 2017 r., przenosi czytelnika na wieś, pod koniec lat 60. Jaka myśl czy też wakacyjne wspomnienie z dzieciństwa skłoniły Panią do tego?

MO: Tamte wakacje zawsze mocno tkwiły w mojej pamięci. To sprawy, których ośmioletnie dziecko nie zdołało udźwignąć. Potrzeba było wiele czasu, aby Ten Drugi zdołał zaprowadzić porządek w Misiowej głowie. A po latach nagle zapragnęłam znaleźć się w tamtym miejscu, aby doświadczyć ponownie dawnych wrażeń. Kiedy stanęłam na dywanie z ptasiego rdestu, wspomnienia wróciły. Moim zadaniem było przelać wszystko na papier.

Nie chcemy zdradzać za wiele tym, którzy nie czytali jeszcze Pani najnowszej książki, ale uważam, że musimy poruszyć kwestię drugiego misia…

MO: No właśnie. Więc nie zdradzajmy. Powiem tylko, że drugi miś istnieje. Jesteśmy razem od tamtego lata.

Czytając Pani książki, niejednokrotnie można popłakać się ze śmiechu, ale jest w nich także wiele wątków, które głęboko poruszają, każą zatrzymać się na chwilę. Które z opisanych w „Osobliwym zakątku” historii były dla Pani najważniejsze i jak przebiegała praca nad nimi?

MO: Cóż to za niesłychanie trudne pytania?! (śmiech) Ja przede wszystkim w ogóle nie pracowałam. Posiedziałam dwa popołudnia z moją ukochaną ciocią Janeczką, posłuchałam jej opowieści, obejrzałyśmy mnóstwo zdjęć z tamtych czasów, było bardzo miło. A potem zaczęłam przeżywać dawne historie na nowo. Były w mojej głowie w dzień i w nocy, poszczególne postaci widziałam po prostu oczyma wyobraźni, nie musiałam ich konstruować, bo stworzyły się same. To tak, jakby ktoś stanął przed tobą i miałabyś go opisać. Proste, prawda?

Pisząc, odczuwa Pani zatem przyjemność, a nie trud tworzenia?

MO: Pisanie to świetna zabawa, żadnego trudu nie czuję.

Wydała Pani dwie książki w ciągu dwóch lat, a ponadto prowadzi z mężem pasiekę, co zajmuje wiele czasu i wymaga mnóstwa wysiłku. Jak znajduje Pani wolne chwile na pisanie?

MO: Hm, brak czasu jest pojęciem względnym. Poza tym zawsze kierowałam się zasadą, że pracuję, żeby żyć, a nie odwrotnie. Zazwyczaj staram się stworzyć przestrzeń dla czegoś, co wzbogaci mnie niematerialnie. Dlatego z bezkresu braku czasu wydobywam całe pokłady wolnych mocy.

To doskonała wiadomość, bo wielu czytelników już teraz oczekuje kontynuacji przygód Misia. Niektórzy zastanawiają się, czy planuje Pani stworzenie serii książek na podobieństwo „Jeżycjady” Małgorzaty Musierowicz. Uchyli Pani rąbka tajemnicy czy woli trzymać czytelników w napięciu, jeśli chodzi o dalszą twórczość?

MO: Marzy mi się spacer po moim miasteczku, na pewno wrócę tam z Misiem i Tym Drugim.

O autorce

Maria Orciuch, ur. 1960 r., magister inżynier zootechniki, absolwentka Akademii Techniczno-Rolniczej w Olsztynie. Z zawodu jest pszczelarzem, wraz z mężem Jackiem prowadzi rodzinną pasiekę Gospodarstwo Pszczelarskie BARTNIK; mają troje dorosłych dzieci. Pasja pisania i czytania, towarzysząca jej od najmłodszych lat, w 2013 r. skłoniła ją do stworzenia powieści „Gdy dojrzeją śliwki”, której tłem był okres dzieciństwa, przypadający na czasy PRL-u. Książka została wydana w 2016 r. nakładem wydawnictwa LSW. W maju 2017 r. ukazała się druga powieść, zatytułowana „Osobliwy zakątek”. Strona osobista autorki: www.mariaorciuch.pl.

Rozmawiała: EKO/PW

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *