Odpuść, kiedy trzeba odpuścić! 

Z Beatą Sadowską – dziennikarką, autorką książki i oryginalną kucharką o miłości do biegania z narzeczonym, synkiem i psem, smakowitej komosie z warzywami  i zabiegach dla urody  rozmawia Halina Chęcińska. 

 

Przyznam, że z wielkim zainteresowaniem i na „jednym oddechu” przeczytałam pani książkę „I jak tu nie biegać”. Gdyby nie to, że namiętnie pływam, zaczęłabym od kupienia odpowiednich butów i pobiegła nad Wisłę albo do parku Skaryszewskiego, które tak obrazowo pani opisuje. A na poważnie chciałabym zapytać o to, dlaczego pozostała pani przy bieganiu, uprawiając wcześniej tyle dyscyplin?

Dziękuję za komplement. Przyjemnie się pisze, gdy to pisanie dotyczy pasji i namiętności. A ja tak mam z bieganiem! Opisywanie różnych biegów na świecie i mojego zmagania się z nimi, walki z leniem i kolejnymi kilometrami – to była frajda. Przez kilka lat trenowałam lekkoatletykę na Legii. Jeszcze jako dziecko. Zrezygnowałam, bo dotarło do mnie, że liczą się tylko wyniki. Z tego mnie rozliczano. A ja organicznie nie lubię rywalizacji. Nie nadaję się do tego: czy biegam szybciej, skaczę dalej – jakie to ma znaczenie? Dla mnie nie miało. Chciałam mieć frajdę z biegania. I tyle. Tylko tyle. Aż tyle.

 

Wielki szum wywołał pani udział w 10 kilometrowym biegu, gdy była pani w siódmym miesiącu ciąży. Czy mogę zapytać, dlaczego się pani na to zdecydowała?

Biegam systematycznie od dziesięciu lat. Nie wymyśliłam sobie tej aktywności, będąc w ciąży. Skonsultowałam się z lekarzem, dostałam zgodę, więc biegałam. Oczywiście wolniej i spokojniej niż zazwyczaj. Bez ścigania się. Mój organizm był przyzwyczajony do wysiłku fizycznego. Starałam się być uważna i rozważna. I tak biegałam do końca ósmego miesiąca ciąży. Wtedy poczułam, że wystarczy i przestałam.

 

Czy biega pani ze słuchawkami w uszach? Słuchając muzyki?

Nie, wolę podglądać i podsłuchiwać  przyrodę. Zagapiam się na zmieniające się pory roku, słucham własnych kroków i oddechu. Nad czymś myślę albo daję myślom odpocząć. To mój spokój i medytacja w ruchu. Dlatego tak lubię biegać o świcie, kiedy miasto dopiero budzi się ze snu.

 

Ma pani narzeczonego, synka i psa. A więc pełna rodzinę. Co oni robią, gdy pani biega?

Biegają ze mną. A właściwie ja z nimi. Nawet pierwsze randki z Pawłem były biegowe. On na dwóch nogach, ja na rowerze, bo jeszcze wtedy padłabym trupem po pokonaniu jednego kilometra. Dziś biegamy razem, choć Paweł musi przez to zwalniać. Nasz synek Tytus spędza ten czas z nami, w biegowym wózku. A pies Momo na czterech łapach – szczęśliwy, że ma całe stado w komplecie.

2

Po takim biegu należy się pani uczciwe śniadanie. Co najczęściej pani sobie przygotowuje?

Uwielbiam owsiankę na mleku migdałowym albo owsianym. Dodaję do niej plasterki banana, jabłka, jagody goji, nasiona chia (szałwii hiszpańskiej, która ma bardzo błonnika, wapnia oraz kwasów omega 3 i 6), pestki dyni i słonecznika. Jak mam – to również orzechy. Pyszna energia na ładnych parę godzin!

 

Pani śniadanie jest dosyć specyficzne. Czy gotuje pani w domu, dla rodziny? No i czy pani to lubi?

Specyficzne? Nie, po prostu zdrowe i banalnie proste w przygotowaniu. Dla mnie specyficzne są jaja sadzone na bekonie i parówki.  Bardzo lubię gotować. Właśnie zdrowe, proste dania. Mój Paweł się śmieje, że potrafię coś wyczarować, nawet, gdy lodówka jest pusta. I w dodatku da się to zjeść. Dokładnie osiem minut trwa przygotowanie super smacznej zupy z cukinii. Pyszna jest też komosa ryżowa z warzywami, olejem lnianym i domowym pesto. Ale domowych placków ziemniaczanych albo leniwych klusek mojej mamy też sobie nie odmówię!

 

A jak to się ma do pani pracy? Przecież działa pani na wielu frontach. Jak udaje się pani to wszystko pogodzić?

Musiałam lepiej się zorganizować, choć – przyznaję – i tak czasem gonię w piętkę, czego strasznie nie lubię. Pracuję głównie w domu. Przygotowuję się do programu „W biegu i na wybiegu” w Radiu Zet Chilli i „Aktywnie bardzo” w Radiu ZET. Mam też nagrania do Stopklatki TV („Prywatna historia kina”) i Polsat Cafe („Zoom na miasto”). Trochę tego jest, więc musiałam zostać mistrzem planowania. Do tego prowadzenie pokazów mody, premier filmowych i prowadzenie bloga www.beatasadowska.com. Między to wszystko musiałam wpleść napisanie książki, o której pani wspomniała i marzenia o następnych.

 

Uff! Czy pani doba ma więcej godzin, niż innych osób?

Czasami ją rozciągam, ale staram się też segregować mój świat na rzeczy ważne i ważniejsze, i zajmować się tymi drugimi. Z nikim się nie ścigam, więc na spokojnie układam sobie tę moją codzienność. Nie mam czasu na skakanie pilotem po kanałach i roztrząsanie tego, co mi nie wyszło. Staram się wyciągać wnioski i iść dalej. Czasem biec.

 

Musze przyznać, że potrawy jakie pani przygotowuje są dosyć oryginalne i wyszukane. Czy ma pani czas, aby gotować?

Trudno Panią przekonać, ale one naprawdę są banalnie proste i szybkie w przygotowaniu. Nie mam czasu na sterczenie godzinami przy kuchni. Mój roczny synek w życiu by mi na to nie pozwolił! Mleko migdałowe do śniadania? Proszę bardzo: jedną szklankęmigdałów bez skórki zalewam na noc 3 szklankami wody. Rano wlewam migdały z wodą do blendera i miksuję. Przecedzam przez bawełnianą szmatkę i gotowe! W kuchni używam różnych zdrowych olejów: kokosowego, lnianego, z pestek dyni czy awokado. Staram się unikać białego pieczywa. Zastępuję je razowym na zakwasie.

 

Pani menu jest szczególne i nieczęsto spotykane. Co jest powodem, że zadaje pani sobie tyle trudu? 

To w ogóle nie jest wysiłek, a już na pewno nie trud. To frajda. Po prostu o siebie dbam. Szanuję swój organizm i chcę mu pomóc. Chcę być zdrową mamą dla Tytusa, partnerką dla mojego chłopaka. Co lepszego, niż zdrowie mogę sobie dać?  Badam się, kibicuję kampanii „Piękna, bo zdrowa”, przypominającej kobietom o profilaktyce. Raz w roku staram się pojechać na oczyszczanie organizmu i głodówkę. Zbadałam krew w kierunku ukrytych alergii pokarmowych i unikam tego, co mnie uczula. Kiedy byłam w ciąży, poprosiłam znakomitą dietetyczkę, Lidię Trawińską, żeby przygotowała dla mnie przepisy na zdrowe kasze, zupy, a nawet desery.

3

A co robi pani dla urody? W pani zawodzie to bardzo ważne…

Staram się wysypiać, choć na razie słabo mi to wychodzi (synek!). Na pewno asertywnie stawiam granicę między pracą i domem. Mogę zasuwać jak wariatka, ale potem znikam i odpoczywam. Chodzę na mezoterapię krążeniową do doktor Izabeli Tilszer i masaże kręgosłupa. Jak mnie coś boli, melduję się u fizjoterapeuty. Uwielbiam Afrodyta SPA w Ośnie Lubuskim. Masaże ajurwedyjskie Hinduski Smithy uzdrawiają, a masaż miodem, choć bolesny, stawia kręgosłup do pionu. W Ośnie zawsze stosuję dietę dr Bardadyna, czyli świeże produkty skomponowane tak, żeby organizmowi dostarczyć wszystkie niezbędne minerały i witaminy w odpowiedniej dawce. Wyjątek? Dzień, w którym pieką domowy chleb i ciasto drożdżowe. Nigdy sobie nie odmówię! Podobnie jak szpinaku z prawdziwkami i placków z buraka w kolejnej oazie spokoju: Srebrnym Dzwonie w Kadynach nad Zalewem Wiślanym.

 

Wiem, że kocha pani bieganie. Jak jeszcze lubi pani spędzać czas?

Zamiast odkładać pieniądze do skarpety, podróżujemy z Pawłem po świecie. Czasem na maratony, czasem na wspinanie, czasem na reset i odpoczynek. Z 3-miesięcznym Tyśkiem polecieliśmy do Tajlandii – pediatra nam pozwolił, a malec w podziękowaniu przespał całą podróż. Teraz leci z nami na maraton do Nowego Jorku. Z mamą jeździmy latem na obozy jogi, z Pawłem zimą obowiązkowo na narty. Jak lubię spędzać czas? Na pewno aktywnie!

Autor: Halina Chęcińska

Zdjęcia: Robby Cyron

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *