O pracy w domu i nie tylko…

Kolejny tekst od naszej czytelniczki. Miło jest czytać Waszą twórczość. Polecamy lekturze.

Jakiś czas temu rozważałam za i przeciw pracy w domu. Oczywiście bezsprzecznym atutem było wstawanie poza korporacyjnym kieratem, możliwość przez pierwsze trzy godziny szlajać się w szlafroku, przejrzeć poranną prasę bez utyskiwań pracodawcy, ale… minusów też jest sporo. A prawo przyciągania jest bezlitosne: mówisz i masz. No… to miałam…

Po wyprowadzce syna na studia, za jego zgodą i przy wtórze lamentu oraz łkań córki zajmującej pomniejsze lokum, opuszczony pokój zamieniłam na swoje biuro. Aranżowałam je tygodniami, dbając o każdy szczegół: od koloru ścian począwszy, na doborze kwiecia na parapet kończąc.

Z pierwszym spotkaniem wiązałam ogromne nadzieje. Klient o szerokich kontaktach, który mógł zapewnić mi wejście na rynek nie tylko lokalny. Od dwóch dni powtarzałam mieszkańcom domu, co się święci i szykowałam się na wszystkie możliwe tego scenariusze oraz ich ewentualne konsekwencje.

Rzeczonego dnia, tak skrupulatnie zaplanowanego, energiczny dzwonek do drzwi – nieprzyzwoicie punktualny – dosłownie poderwał mnie w górę. Starałam się jak mogłam, ale najmłodszy domownik, dwuletni pitbull, u drzwi był pierwszy. Nie wiem, czemu się w ogóle łudziłam: przecież jeszcze nigdy i nikomu nie udało się go w tej robocie wyprzedzić, a tym samym skutecznie odciągnąć od drzwi. Pomijam jego złowrogie odgłosy, ale do tego dochodzi masa o niewyobrażalnym przyspieszeniu, która – nieokiełznana – jest w stanie zwalić z nóg rosłego mężczyznę. A mój gość, niestety, do takich nie należał. Po otwarciu się drzwi i nawiązaniu zaledwie kontaktu wzrokowego z psem, facet zachwiał się niebezpiecznie i tylko moja w porę wyciągnięta pomocna dłoń uchowała go przed niechybnym upadkiem. Po uporaniu się z pierwszym szokiem wszedł nieśmiało do progu i wtedy sześćdziesiąt kilo czystej miłości naskoczyło na faceta w tak silnym przypływie uczuć, że ten ledwo ustał na nogach. Widząc przerażenie w jego oczach walnęłam najgłupszym z możliwych tekstów wszystkich właścicieli psów:

– Proszę się nie bać… On tylko chce się bawić – i uśmiechnęłam się głupawo.

No chciał, tyle, że nie w sposób, o którym pierwotnie myślałam. Bydlę wbiło nos w najwrażliwszą męska strefę, niuchając z lubością. Facet tak się spiął, że dosłownie słyszałam, jak jego wszystkie tkanki zachodzą lodem. Pies zaliczył przywołujący do porządku strzał kapciem po zadzie, co zawsze traktuje jako naturalny element współżycia w stadzie, zamerdał entuzjastycznie ogonem i sapiąc żarliwie, spojrzał na mnie z oddaniem. Krótkie:

– Won! – upewniło go, że czas obowiązków się skończył i dostojnie zległ na swoim ukochanym kocyku w piłeczki.

Zmartwiałego gościa wprowadziłam do biura i zaproponowałam coś do picia. Co prawda facet wyglądał na kogoś, kto już chce wyjść, ale nie dałam za wygraną i oddaliłam się do kuchni z zamiarem przygotowania kawy. Wróciłam z aromatycznym naparem, na stole pojawiły się ciasteczka, napięcie spadło i rozmowa zaczęła się kleić.

Dosłownie chwilę potem do domu wszedł mąż, triumfalnie wnosząc zakupy i krzycząc od progu:

– Witaj kochanie! Obierać ziemniaki?

Spojrzałam na gościa z miną winowajcy i wydarłam się w stronę drzwi:

– Gościa mam!

– Co masz?! – odkrzyknął małżonek, z łoskotem trzaskając szafkami. – A ten facet już jest?

– Gościa mam! – wciąż niepewny tego, co usłyszał, zatroskany mąż zajrzał do „biura”

– O! Dzień dobry! – przełożył garnek do lewej ręki, a prawą wyciągnął w stronę klienta. A następnie, niezrażony, ponowił pytanie: – To obierać?

– Tak! – niemal wysyczałam.

Małżonek, mocno zniesmaczony moją histerią przewrócił oczami i zniknął, cicho zamykając za sobą drzwi. Otworzyłam usta, żeby podjąć przerwany wątek i…

– Pytanko tylko jeszcze mam! – w drzwiach znów pojawiła się głowa pana domu: – Ile tych ziemniaków dla ciebie obrać?

– Ale my tu usiłujemy pracować….

– No tak, no tak… – stropił się. A potem dodał, scenicznym szeptem – Dla ciebie dwa?

– Ja tu pracuję! – podeszłam do drzwi i niemal wypchnęłam małżonka na zewnątrz. Spojrzałam na swojego gościa ze świadomością, że to, co próbujemy teraz uprawiać, nie ma nawet śladowych znamion biznesu. – Wracając do tematu…

– Mamoooo! Byłaś już z Budrysem?! – rozdarło się moje młodsze dziecko, które, powróciwszy ze szkoły, bezceremonialnie wkroczyło do „biura” – O, sorki – dostrzegła swój nietakt i, przywołując na twarz swój najsłodszy uśmiech, rzuciła w stronę faceta: – Ńbry! No to byłaś?

Musiałam mieć w oczach coś na tyleż śmiertelnego, co oczywistego, bo latorośl wycofała się szybko. Jednak nie na tyle szybko, aby chwili nieuwagi nie wykorzystał Budrys, radośnie i na pełnej petardzie podbiegając do gościa. Ponowił identyfikację osobnika, płynnie przechodząc od niuchania do znaczenia nadmiarem śliny, wciąż machając ogonem i patrząc mu miłośnie w oczy.

– Czy… może… go… pani… zabrać…? – wyszeptał gość pobielałymi wargami, bliski zejścia.

Złapałam bydlaka (w sensie: psa) za obrożę i dosłownie wywlokłam do kuchni, gdzie stacjonowali moi sabotażyści.

– Jasny gwint! – nagle przestałam być elegancka. – Raz, do cholery, jeden raz proszę o poszanowanie moich spraw i nikt nie może mojej prośby spełnić?! Czy wy jesteście normalni?!

Mąż, latorośl oraz pies patrzyli na mnie tępym wzrokiem.

–  Ja tylko pytałem o ziemniaki… – wymamrotał mąż i pokrzepiającym gestem przytulił córcię, wprawioną manipulantkę, której w sekundę zaszkliły się oczy. – Czemu się pieklisz, no naprawdę… – nagle jego spojrzenie zawisło tuż nad moim ramieniem. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam, jak mój biznes życia w pospiechu nadziewa płaszcz i naciska na klamkę. Widząc moje zdziwienie, niemal wykrzyczał, jakby się bał, że nie wystarczy mu odwagi na jakąkolwiek rozsądną argumentację swojej rejterady:

– Bo ja właśnie już muszę i ten… zdzwonimy się! – co w nomenklaturze biznesowej oznacza „no way!”. Wybiegł tak szybko, że nawet Budrys nie zdążył go pożegnać swoim tradycyjnym naskokiem na klatę. Wzruszyłam ramionami z rezygnacją: „No… to sprawa załatwiona”.

Spojrzałam wymownie na struchlałych domowników:

– Dla mnie dwa ziemniaki, z Budrysem nie byłam, a wy jesteście beznadziejni….

 

Od trzech dni mam biuro w mieście. Ma metraż 2 na 2, mieści się w nim biurko, dwa krzesła i komoda. Rodzina ma zakaz wstępu pod karą chłosty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *