Mołdawia. W sielskiej krainie wina i czasu powoli płynącego

Mołdawia wydaje się kameralnym i niejako zapomnianym krajem spokojnego, powolnego życia blisko natury, krainą smaków, jakie trudno znaleźć we współczesnej, zachodniej Europie i naturalnej gościnności, o jaką coraz trudniej w wielu miejscach, do których docierają fale współczesnych turystów.

Do tego wciśniętego między Rumunię i Ukrainę kraju, który ma wielki, aczkolwiek nadal nieodkryty potencjał, szczególnie wśród wyznawców filozofii powolnego podróżowania, wybraliśmy się na zaproszenie Mołdawskiej Organizacji Turystycznej po to, aby zobaczyć co oferuje podróżnym kraj, o którym wielu mówi, że absolutnie nic w nim nie ma.

A oferuje – jak się szybko okazuje – nie tylko wspaniałą i coraz bardziej znaną w świecie kulturę wina, ale także możliwość spotkania ze wspaniałymi mieszkańcami, którzy z otwartym sercem witają podróżnych, swoich gości. Daje także Mołdawia coś, co każdy zachodni Europejczyk doceni – wybitność jakości jedzenia, warzyw, owoców i mięsa, niespotykaną w zindustrializowanym rolnictwie europejskim.

Naszą wizytę w kraju rozpoczynaliśmy w stołecznym Kiszyniowie, mieście, o którym mawiają, że „nic w nim nie ma”. Stosunkowo niewielkie swego czasu miasto, gubernialna stolica jednej z prowincji carskiej Rosji, nie może się poszczycić powalającą liczbą zabytków, jednak tym, którzy przybywają do niej na moment, lub którzy czynią z niej punkt wypadowy do odkrywania innych zakątków Mołdawii, zaproponować może szczególnego rodzaju doświadczenia.

Architektonicznie miasto to jest klasycznym portretem XIX-wiecznej, rosyjskiej architektury, dosyć standardowej dla gubernialnych stolic imperium. Ten klasycystyczny styl uzupełniony jest przez sowieckie budowle czasów powojennych i wszelaki miks tak zwanej współczesności. Dla pełnego zrozumienia specyficznej, architektonicznej tkanki miejskiej, należy wiedzieć, iż było to jedno z najbardziej zniszczonych podczas II wojny światowej miast Europy. Największym skarbem stolicy Mołdawii, co podróżni odczują szczególnie wiosną i latem, jest jednak wszechobecna zieleń, która pokrywa miasto. Kiszyniów dosłownie pachnie. Dzięki stosunkowo niewielkiemu ruchowi samochodowemu oraz zasilanej elektrycznie komunikacji miejskiej, da się w nim oddychać pełną piersią.

Prawdziwy skarb tego kraju znajduje się poza jego stolicą: piękne winnice, małe miejscowości pełne rodzących się pomysłów na przyjęcie zagranicznych gości, i spokojne, lekko pofalowane krajobrazy z mnóstwem soczystej zieleni. Na odkrywanie tego oblicza kraju poświęciliśmy kolejne dni naszego pobytu.

Niewątpliwie największym skarbem, jaki posiada Mołdawia, czymś, z czego jest ona najbardziej znana, jest wino. Gdyby spojrzeć na granice współczesnej Mołdawii, można by stwierdzić, że patrzy się na kiść winogron. Nawet kształt państwa przypomina Mołdawianom o ich największym skarbie narodowym. Jego produkcja stanowi przynajmniej 4 proc. PKB kraju (inne dane mówią o 10 proc.) i daje pracę ćwierci miliona obywateli, czyli jednej dziesiątej obecnej populacji, gdy weźmie się pod uwagę milion ludzi, które wyjechały z kraju w ostatnich latach w poszukiwaniu lepszego życia. Prawie 4 proc. powierzchni kraju zajmowane jest przez 140 firm, które zajmują się produkcją wina.

Wiedza dotycząca produkcji wina dotarła na tereny Mołdawii ponad 2500 tysiąca lat temu wraz z Grekami, a rozwinęła się za czasów rzymskiego imperium. Dalszy rozwój kultury winiarskiej związany jest oczywiście z czasami panowanie wielokrotnie wspominanego Stefana Wielkiego, który raczył się solidnymi dawkami boskiego napoju przed bitwami, jakie zwykł prawie zawsze wygrywać. To za jego czasów sprowadzono do Mołdawii mistrzów, którzy sprawili, iż lokalne wino zyskało sławę w całej centralnej i wschodniej Europie. Po jedynych czasach świetności w historii Mołdawii, które związane są ze wspomnianym władcą, winiarskie tradycje kraju przetrwały dzięki mnichom, jednak przejęcie terenów tego kraju przez carską Rosję w 1812 roku, ponownie przyczyniło się do rozwoju winiarstwa. To dzięki inwestycjom poczynionym za carów mołdawskie wina zdobywały nagrody w europejskich konkursach XIX wieku. Nagle nastał jednak wiek XX, czas okrutnych wojen i przemian, które zmieniły Europę nie do poznania. Mołdawia stała się po II wojnie światowej częścią sowieckiego imperium, co znów, jak w przypadku carskiego przejęcia, mimo politycznej tragedii, przyczyniło się do rozwoju winiarskiej gałęzi gospodarki. Za czasów radzieckich Mołdawska SSR była największym producentem i wewnętrznym dostawcą wina w Związku Radzieckim.

W ciągu dni spędzonych w Mołdawii, odwiedziliśmy kilka ciekawych winnic, od najmniejszych, kameralnych, po największe, będące najważniejszymi eksporterami narodowego produktu. Zdaje się, że ze wszystkich winnic, które odwiedziliśmy, mała i zupełnie kameralna winnica Et Cetera, jest tą, która zapadała w pamięci każdemu. Położona na skraju Mołdawii, na granicy z Ukrainą, jedynie kilkadziesiąt kilometrów od Odessy, jest miejscem zupełnie magicznym. Co ciekawe, można tam dotrzeć awionetką, która lata spod Kiszyniowa i ląduje na polach tuż obok winnicy. Z tej też okazji Et Cetera wypuściła ciekawą kolekcję win z serii Aeroplane – nie tylko smacznie wyglądających, ale także świetnie smakujących! Vinaria Purcari to kolejne, niezwykle pięknie usytuowane miejsce produkujące i serwujące naprawdę świetne trunki, których tradycja sięga połowy XIX wieku i czasów carskich. Niektóre butelki składowane w winnicy sięgają 1948 roku, zaś wybitny smak wina Rara Neagra mówi sam za siebie. Ta pięknie położona winnica jest jednym z najważniejszych eksporterów wina w kraju. Chateau Vartely, do której docieramy jednego dnia, to kolejna dosyć młoda winnica, otworzyła swoją działalność w 2004 roku, i może pochwalić się niezwykle stylowymi salami degustacyjnymi, gdzie warto poznać serię wybitnych win Individo. Jest i w końcu Cricova, czyli miejsce legenda, tak zwane „must see” dla każdego, kto odwiedza Mołdawię i Kiszyniów, do której dotarliśmy na końcu naszych mołdawskich peregrynacji. Winnica ta uważana jest za perłę mołdawskiego winiarstwa. Słynie ona z niezwykle długich, bo mających ponad 100 kilometrów, podziemnych piwnic wykutych w skale, po których grupy turystów poruszają się pojazdami elektrycznymi. W słynnych piwnicach przechowują swoje kolekcje takie persony jak Władimir Putin, Aleksander Łukaszenka czy John Kerry.

Choć wino to temat najważniejszy, gdy odwiedza się Mołdawię, nie sposób nie opowiedzieć o kolejnym, równie ważnym aspekcie tych wypraw. Kraj tej potrafi zaoferować bowiem prawdziwe doznania spod znaku wspomnianej wcześniej filozofii wolnego podróżowania. Pojawia się coraz więcej inicjatyw w małych wioskach rozsypanych po kraju, aktywizujących swoich mieszkańców do działania i przyciągających coraz więcej podróżnych, zwłaszcza tych poszukujących odskoczni od swojego codziennego, szybkiego życia. Warto chociażby odwiedzić Casa Parinteasca w Satul Palanca, gdzie jedna kobieta, Tatiana Popa, stworzyła społeczność wokół domu swoich przodków, z którego wyrzucono jej rodzinę za czasów kolektywizacji w Związku Radzieckim. Odzyskawszy rodzinną posiadłość, stworzyła ona swoiste centrum powolnego podróżowania i turystyki blisko ludzi, dając zajęcie okolicznym mieszkańcom, przyjezdnym zaś serwując ciekawe dania mołdawskiej prowincji. W miejscach takich jak to nie tylko można dobrze zjeść, ale także spędzić czas na zwykłym spacerowaniu po okolicy i poznawaniu ludzi, jej mieszkańców.

Kolejnym miejscem, które mieliśmy możliwość odwiedzić, była najbardziej znana atrakcja kraju, czyli kompleks archeologiczny Orheiul Vechi. Tym, co jednak w tej wizycie było najciekawsze, była miejscowość położona na uboczu tego kompleksu – Butuceni, na turystycznej mapie Mołdawii funkcjonująca jako Eco-Resort Butuceni. To kolejne niezwykle ciekawe miejsce, gdzie czas zdawał się zatrzymać, i gdzie miło można spędzić czas z dala od wszelkich trosk współczesności. Czasami jednak współczesność i nowoczesność odwiedza najdalsze zakątki świata, czy chociażby Mołdawii, i tak też było, gdy zaproszono nas na niezwykle ciekawe wydarzenie, jakim jest descOpera. To opera na świeżym powietrzu, która odbywa się w tejże małej i kameralnej miejscowości. Goście przybywający na to weekendowe wydarzenie z całego kraju i zza granicy, siedzą potem na siedziskach zrobionych z siana i wsłuchują się w klasykę światowej muzyki w środku spokojnej, mołdawskiej wsi.

Mołdawia pełna jest także sacrum, które mieliśmy okazje poczuć, gdy odwiedzaliśmy wyrytą w skale świątynię we wspomnianym Orheiul Vechi. Niezwykle pięknym miejscem, zdecydowanie wartym odwiedzenia, jest także monastyr Curchi, do którego warto wpaść po drodze do wspominanego już wielokrotnie Okrheiul Vechi.

Dni spędzone na podróżowaniu po Mołdawii udowodniły, że jest to jeden z najbardziej niedocenianych zakątków Europy, który bardzo pragnie znaleźć się na stałe w siatce naszych europejskich szlaków podróżniczych. Ludzie, których mieliśmy okazję poznać podczas tej wizyty, robią wszystko, aby pokazać swój kraj jako miejsce, gdzie warto przybywać. I robią to dobrze, gdyż przekonali nie tylko nas, ale także wielu innych, których spotkaliśmy na swoim mołdawskim szlaku. Jeśli ktoś szuka zupełnie alternatywnego kierunku z dala od utartego szlaku, zdecydowanie warto rozważyć podróż po Mołdawii.

Tekst: Marcin Wesołowski

Zdjęcia: Edyta Maria Kochman

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *