Lucerna – kwintesencja Szwajcarii

Znalazłam tu wszystko, z czym od zawsze kojarzyła mi się Szwajcaria. W zasięgu ręki miałam góry i wodę, czekoladę i sery, nowoczesne pociągi i wiekowe statki parowe, sztukę i historię kraju, który powstał właśnie w tym miejscu. Lucerna, niczym pudełko najlepszych pralin, skupia w sobie to, co w Szwajcarii najlepsze.

Tekst: Marta Legieć

Wiosna w Lucernie wybucha nagle. Wprawdzie już w lutym na drzewach widać pąki, które szykują się do wystrzelenia niczym z armaty, a na trawnikach pojawiają się pierwsze krokusy, jest jednak w miarę spokojnie. Dopiero maj otwiera cały wachlarz wiosennych atrakcji, wita gości mozaiką świeżej zieleni, tysiącami pąków różowych magnolii i delikatną mgiełką otula spacerujących nabrzeżem jeziora turystów, których rocznie przybywa tu ponad pięć milionów. Lato zapowiada się równie pięknie.

Miejskie życie przechodzi harmonijnie z bulwaru na pokład statku. Rejs stuletnim bocznokołowcem po Jeziorze Czterech Kantonów warto tu wpisać na listę rzeczy „must do”, bowiem tego typu wycieczka to jedna z największych przyjemności, jakie spotkać nas mogą nie tylko Lucernie, ale całej obsypanej jeziorami Szwajcarii.

Związek wieczysty

Gdzie nie spojrzeć – woda. Wszechobecna i krystalicznie czysta. Tuż obok głównej arterii miasta Pilatusstrasse, z Jeziora Czterech Kantonów wypływa rzeka Reuss. Nad jej tonią, w samym centrum, zwisa drewniana, zadaszona kładka. Długa, o oryginalnym w kształcie, jakby trochę połamana, wije się zygzakiem przypominającym rozciągniętą literę Z. To słynny Kappelbrücke, czyli most Klasztorny, scalający dwa brzegi miasta, dawne jego serce i przedmieścia. Symbol Lucerny wiele widział i równie wiele przeszedł. Powstał w 1333, a może w 1365 roku –

źródła nie są precyzyjne. Ważne jest jednak, że przez wieki był niezniszczalny. Do czasu. –

Przetrwał do XX wieku, aż w 1993 roku pożar pochłonął znaczną część konstrukcji – opowiada mi Grażyna Bielser, moja przewodniczka. Urodziła się w Warszawie, ale w Szwajcarii mieszka od 30 lat. W ręku trzyma duże zdjęcie mostu z początku lat 90. – Dziś można powiedzieć, że to historyczna fotografia, a sam pożar był największą tragedią, jaka spotkała Lucernę od pięciu wieków – dodaje.

Na kolejnych obrazkach widzę strawioną przez pożar drewnianą budowlę. Trudno uwierzyć, że to ten sam most, na który zaraz wejdę. No, nie do końca ten sam. Dzisiejsza konstrukcja jest wiernie odtworzoną kopią mostu Klasztornego. Szwajcarom zależało, by to zrobić z ogromną starannością. Skupili się nie tylko na zrekonstruowaniu samego mostu, ale także na odtworzeniu malowideł zdobiących dach od środka i sławiących odwagę mieszkańców Lucerny. Widzę wyraźnie, że część z nich, szczególnie te przy wejściach na most, „nadgryziona” jest przez ogień. To uratowane z pożaru oryginały, zachowane jako świadectwo pożaru.

Do mostu przytula się wystająca z wody kamienna, ośmiokątna wieża, służąca dawniej do torturowania czarownic i heretyków. W niewielkiej odległości mostu Klasztornego znajduje się kolejna drewniana atrakcja – most Plewny (Spreuerbrücke) z 1408 r. Również pod jego spadzistym dachem kryją się tablice z serią dawnych obrazów (1626-1635 r.). Historia jest tu wszechobecna, i trudno się temu dziwić. Przecież właśnie tu, w samym sercu kraju, blisko 730 lat temu doszło do utworzenia państwa, kiedy trzy kantony zawarły związek wieczysty i podpisały pakt o utworzeniu konfederacji.

Wszystkie twarze Pilatusa

Podnoszę głowę do góry i widzę kolejny symbol miasta – masywny Pilatus. Przyznać muszę, że widok dominującego nad Starówką ośnieżonego szczytu o wysokości 2137 m n.p.m., robi ogromne wrażenie. Góra w zależności od pory roku i warunków atmosferycznych zmienia oblicze – od sielankowego po dramatyczne. W ciągu jednego dnia, nawet godziny, potrafi pokazać każdą ze swoich twarzy. Zapewne dlatego przez setki lat uważana była za miejsce przeklęte. Na wyobraźnię miejscowych działała głównie legenda, wedle której w jeziorku na szczycie utopiono ciało Poncjusza Piłata. Równie często mówiono o smokach, które gdzieś na wysokościach umościły sobie gniazdo. Do tej opowieści nawiązuje nazwa jednego z okolicznych górskich szlaków turystycznych – Drachenweg (Szlak Smoka). Bajkowe stwory zobaczyć też można w logo kolejki zębatej „Pilatus Bahnen”. Nachylona pod kątem 48 stopni jest ewenementem, najbardziej stromą konstrukcją tego typu na świecie.

Gdzie czas się zatrzymał

Starówka, niczym bombonierka czekoladami, wypełniona jest szczelnie domami kupieckimi z wykuszami i malowanymi fasadami. Obok numerów ulic widać symbole zwierząt lub giermków. Gdyby ktoś wpadł na pomysł, aby malowidła analizować jedno po drugim, zapewne spędziłby w Lucernie dobrych kilka lat. Mnie wystarczy chwila, by poczuć, że otoczenie przenosi mnie w czasy średniowiecza. Jedynie współcześnie ubrani przechodnie utwierdzają mnie w przekonaniu, że czas w tej części Lucerny nie zatrzymał się kilka wieków temu.

Miasto oszałamia czystością, porządkiem. Wszystko jest poukładane, na swoim miejscu. Przy Handelstrasse stoją luksusowe hotele i kasyna. Trudno się dziwić, w końcu Lucerna nie od dziś jest znaną ostoją bogaczy, hazardzistów i po prostu ciekawych ludzi. Bywali tu królowa Wiktoria, Johann Wolfgang Goethe, Wiktor Hugo, Lew Tołstoj czy Albert Einstein.

By ogarnąć wzrokiem jak najwięcej, można się wdrapać na mury obronne. Ich spory fragment zachował się na wzgórzu. Kto nie boi się, że dostanie zadyszki, zobaczy pocztówkową panoramę miasta, jeziora i otaczających je gór.

Zabytki i atrakcje Lucerny zwrócone są w stronę malowniczego jeziora i wypływającej z niego wartkiej rzeki. Odkrywając je powoli dotrzemy w końcu do miejsca osławionego, które turyści zobaczyć po prostu muszą. To wyrzeźbiony w skale przebity włócznią, konający lew, o którym Mark Twain pisał, że „jest to najbardziej poruszający kawałek skały na świecie”. Można tu też schować się pod dachem, zaszyć na długie godziny i dalej zwiedzać. Wystarczy wizyta w Szwajcarskim Muzeum Transportu, z masą interesujących eksponatów, zachwycających nie tylko dużych chłopców. Statystyki mówią, że to najchętniej odwiedzane muzeum w całej Szwajcarii

Selfie z Picassem

Wilhelm Tell – któż o nim nie słyszał? Historia o jabłku, którą przekazują sobie pokolenia nie jest wymyślona. Sięga 1307 roku, kiedy wyborny łucznik Tell odmówił oddania pokłonu austriackiemu staroście Gesslerowi. Musiał ponieść karę, którą było zestrzelenie jabłka z głowy syna. Na szczęście udało mu się to wykonać.

Dziś historia o łuczniku żyje tu swoim życiem. Na cześć legendarnej postaci szwajcarskiego bohatera narodowego nazwano sporo restauracji i hoteli, nawet trasę z Lucerny do Locarno, którą pokonać można statkiem lub pociągiem. Oczywiście jest też pomnik.

Zresztą znanych nazwisk w Lucernie znajdziemy całkiem sporo. Polecam znaleźć nieco czasu na odwiedzenie Muzeum Picassa z ekspozycją ponad 80 jego litografii, sztychów i ceramiki, głównie z ostatnich 20 lat życia artysty, gromadzone przez Siegfrida Rosengarta i jego córkę Angelę przez prawie pół wieku. Kto będzie miał szczęście, spotka w muzeum uroczą damę i zrobi sobie z nią selfie na tle obrazu Picassa.

Zgrabny kawałek

Magnes na lodówkę, kula z migającymi drobinkami w środku, maskotka bernardyna… owszem, wszystko to można przywieźć ze Szwajcarii. Jednak dla mnie najlepszymi pamiątkami są smaki. Wyjątkowe, jakich nie znajdziecie nigdzie indziej.

Kilka z nich poznaję na miejscu. Lokalnym przysmakiem jest Älpler Magronen – bardzo szwajcarskie danie, będące połączeniem ziemniaków, klusek, sera i musu jabłkowego. Mięsożercom polecam Kuegelipastete – naleśnik nadziewany cielęciną i grzybami. Kto ma ochotę na coś słodkiego, powinien udać się na Schweizerhofquai 2, gdzie swoją siedzibę ma niezwykła pracownia czekolady, Max Chocolatier. Nie zapominajmy o serze, w końcu Szwajcarzy produkują ponad 450 rodzajów tego rarytasu: od ementalera, przez sbrinz, tilsiter i appenzeller, po gruyère. I doskonale wiedzą, co należy z nim robić! Ja też wiem, dlatego jako pamiątkę zabieram ze sobą kilka jego zgrabnych kawałków.

Z pełną głową wrażeń i walizką pełną przysmaków idę na dworzec usytuowany w samym centrum miasta. Zanim wejdę do przypominającego pałac budynku, ostatni raz zerkam na znajdującą się tuż obok czarną bryłę nowoczesnego centrum kongresowego, w którym odbywają się najważniejsze koncerty i festiwale. Za chwilę wsiadam do przyjeżdżającego punktualnie pociągu, ale nie żegnam się z miastem. Nie zobaczyłam przecież wszystkiego. Muszę tu wrócić.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *