Jaka jest KAYAH?

Artystka-perfekcjonistka. Na jej koncerty przychodzą tłumy młodych i tych starszych słuchaczy. Kobieta, która nie boi się mówić otwarcie, co myśli. Tworzy i dba o to, aby w jej piosenkach tkwiła prawda, z którą każdy może się utożsamić.

Rozmawia: Piotr Chabzda

Zdjęcia: Piotr Porębski

Przez dłuższy czas zastanawiałem się, od czego zacząć naszą rozmowę. Współpraca z Idanem Raichelem i nowy singiel „Po co”, afera związana z występem na Krajowym Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu, trasa koncertowa z Goranem Bregoviciem – to obecnie najgorętsze tematy z nią związane. Mnie jednak interesuje, jaka ona jest naprawdę – Kayah!

Pani Kasiu, skąd narodził się pomysł na pseudonim Kayah?

Gdy byłam mała, mówiono na mnie Kaja i trochę tak zostało… (śmiech).

Czyli brak w tym filozoficznego podłoża?

Życie (śmiech).

Jest Pani artystką, na której piosenkach wychowały się co najmniej dwa pokolenia Polaków. Pani muzyczne początki kariery to współpraca pod koniec lat 80. z grupą De Mono. Jak wspomina Pani te czasy?

Nie tylko z nimi. Byłam chórzystką w bardzo wielu projektach muzycznych. Było bardzo wesoło, tzw. rock’roll. Ale dla mnie to były czasy uczenia się sceny, wyrabiania kondycji, poznawania kulis.

Nabyte wtedy umiejętności przydają się Pani podczas występów?

Bardzo. Doświadczenie wtedy nabyte dziś jest bardzo cenne.

Blisko 30-letnia kariera to w Pani przypadku pasmo sukcesów. Nie ma w Polsce chyba osoby, która nie znałaby takich piosenek, jak „Na językach” czy „Testosteron”. Top of the top polskiej muzyki. Jak to jest przez tyle lat być na szczycie?

Bardzo miło. Ale to nie jest jedynie prezent od wszechświata, była to i jest ciężka praca, która bywa źródłem satysfakcji, ale i ogromnego stresu. W naszym zawodzie doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Dlatego jedyną istotną rzeczą jest bycie wiernym sobie. Szczerość zawsze się obroni.

Czy życie gwiazdy w Polsce różni się diametralnie od życia przeciętnego Kowalskiego?

Nie znoszę określenia gwiazda. Jestem muzykiem, wokalistką, kompozytorką, producentką i tekściarką, współwłaścicielką wytwórni fonograficznej. W każdym zawodzie można być artystą, jeśli wykonuje się go z pasją. Trudność mojego polega na niewymiernym wymiarze czasowym, ale i na byciu wciąż poddawanym ocenie publicznej. Tak naprawdę nigdy nie wychodzimy z naszej pracy. Często musimy się zmagać z krytyką i nieżyczliwością, patrzy się nam na ręce, a nawet pod sukienkę… jest to więc mało komfortowe. Poza pracą mam normalne życie matki, partnerki, gospodyni domowej, przyjaciółki i dotyczy mnie grawitacja, jak każdego innego.

Pani Kasiu, w takim razie mogę zaryzykować stwierdzenie, że jest Pani nieomal instytucją. Dzięki Pani polski rynek fonograficzny nabrał tempa i kolorytu. Co sprawiło, że zdecydowała się Pani pomóc młodym artystom, muzykom i założyć Kayax?

Kayax miał być pierwotnie wytwórnią tylko na moje osobiste potrzeby, chciałam sama wydawać własne płyty. Ale szybko zorientowaliśmy się z Tomikiem, moim partnerem biznesowym, jaki jest ogrom wspaniałych artystów, dla których nie ma miejsca w dużych wytwórniach. A ponieważ kochamy muzykę i podziwiamy jej twórców, postanowiliśmy dzielić się z nimi naszym doświadczeniem. Obydwoje jesteśmy muzykami, dlatego mamy wiele zrozumienia dla problemów artystów. To czyni z nas wydawców z ludzką twarzą i sprawia, że cieszymy się zaufaniem. A w tej chwili już nie tylko debiutantów, takich jak Mery Spolsky, Bownik, Kroki, ale też znanych i uznanych artystów, jak Kasia Nosowska, zespół Hey, Smolik, Krzysztof Zalewski, czy Brodka.

Wasza wytwórnia jako jedna z niewielu (może i jedyna w Polsce) stawia na artystów niszowych, mało komercyjnych. Dlaczego?

Postanowiliśmy wydawać te płyty, których sami chętnie byśmy słuchali, zupełnie nie kierując się potencjałem komercyjnym. Wierzymy w sztukę. W dobre piosenki, a nie w przeboje, artystów, nie celebrytów. Poszukujemy głębi i wartości ponadczasowej. Nasze ostatnie premiery to Swiernalis, Kroki, Bownik, niedługo wydamy płyty m.in. Mery Spolski i Pauliny Przybysz.

Jak ocenia Pani polski show-biznes? Czy łatwo jest w dzisiejszych czasach zaistnieć w świecie popkultury? 

Internet bardzo to ułatwił. Nie mówię tutaj o całej armii ludzi znanych z tego, że są znani. Ja wierzę w muzykę. Poza ciężką pracą, charyzmą, potrzeba też wiele szczęścia. I na to nie ma recepty. Albo szczęście do bycia na właściwym miejscu o właściwym czasie jest, albo nie.

Słuchając Pani piosenek, często odbiorca zdaje sobie sprawę z tego, że są one mu bardzo bliskie. Skąd rodzą się pomysły na nowe kompozycje?

Otaczający mnie świat jest nieustannym źródłem inspiracji. Karmię się sztuką, kreatywność ludzi nie ma granic. Ale i moja empatia sprawia, że dużo ludzi otwiera się na mnie i powierza mi swoje zawiłe losy, które także potrafią być kanwą do tekstu. Sama żyję ciekawym życiem, a moja nadwrażliwość uwypukla ważniejsze zdarzenia, które później nazywam.

Teksty Pani piosenek poruszają. W wielu przypadkach, jak „Testosteron”, to manifesty, z którymi się utożsamiamy. Jakie emocje muszą towarzyszyć artyście, aby jego twórczość była tak autentyczna?

Prawda. Zwyczajnie prawda. Nie kreacja, nie kalkulacja, tylko prawda.

Jest Pani niekwestionowaną ikoną polskiej muzyki. Czy będąc na szczycie i święcąc szczyty popularności, człowiek nie czuje się w głębi duszy samotny?

Myślę, że w szczerym rozrachunku, każdy z nas jest gdzieś samotny. Faktem jest jednak, że artysta pracuje na ekstremalnych emocjach, a jego życie polega często na radzeniu sobie ze skrajnościami. Będąc na scenie czuje się pragnienie tysięcy ludzi, którzy chcieliby być jak najbliżej nas, a za chwilę, w pokoju hotelowym nie ma się do kogo odezwać. Ta samotność może też polegać na zdawaniu sobie sprawy z iluzoryczności wielu kontaktów, ich płytkości, interesowności. Ta niepewność, na ile ktoś widzi w nas człowieka sukcesu, a na ile człowieka z duszą.

Pani Kasiu w ostatnim czasie pojawiło się wiele zamieszania w sprawie Krajowego Festiwalu Polskiej Piosenki w Opolu. Czym dla Pani jako artystki jest ten festiwal?

To kawał historii polskiej muzyki, ale i kawał historii mojego życia. Tego jego etapu kiedy jako dziecko spijałam słowa z ust artystów, otoczona rodziną… Przecież to było zawsze wielkie święto i żadnego festiwalu się nie opuszczało. Jako dziecko marzyłam, by stanąć na tej scenie, marzenia się spełniły. Stałam na niej wiele razy, zawsze ze wzruszeniem w sercu, niesiona pozytywną energią wyjątkowej publiczności.

Wiele znanych osób odmówiło występu na tegorocznej edycji festiwalu. Czy to oznacza, że środowisko artystów w Polsce jest tak mocno zjednoczone?

Nie mogę wypowiadać się za innych, za tzw. środowisko. Przecież każdy z nas jest indywidualnością i podejmuje autonomiczną decyzję. Ja staram się żyć zgodnie ze swoimi przekonaniami. Żeby umieć sobie bez wstydu spojrzeć w oczy i poklepać symbolicznie po plecach i powiedzieć „jesteś przyzwoitym człowiekiem”. Ale ta sytuacja rzeczywiście pokazała, że potrafimy być razem. To piękny i wymowny gest.

W swoim najnowszym singlu „Po co” stworzonym z wybitnym izraelskim muzykiem Idanem Raichelem znajduje się ogromny energetyczny ładunek. W tekście piosenki przekonuje Pani do bycia całym sobą „tu i teraz” i czerpania tego, co najlepsze z każdej najdrobniejszej chwili naszego życia. Czy w dzisiejszych czasach możemy odrzucić maski i postawić na siebie?

Znam mnóstwo ludzi, którzy z tego uczynili cel w życiu. Bo dotarło do nich, jak bardzo kruche jest życie, zbyt krótkie, by żyć, tym co było i bać się tego co będzie. Nie ma wtedy miejsca na radość z teraźniejszej chwili. Za przeszłość trzeba być wdzięcznym, nawet jeśli nie było różowo i zebraliśmy szereg trudnych doświadczeń. To były lekcje, które miały nas nauczyć podnosić się, nauczyć nas pokory, sprawiły, że dziś jesteśmy nikim innym, tylko sobą… aż sobą. Jedynym, niepowtarzalnym, wyjątkowym, jak każdy z nas.

Kolejny wielki projekt, który startuje jesienią to trasa koncertowa Kayah i Goran Bregović. Po 18 latach znów pojawicie się razem na scenie. A my będziemy mogli usłyszeć takie utwory, jak „Śpij kochanie śpij”, „To nie ptak”, „Byłam różą”. Co sprawiło, że znowu razem zaśpiewacie?

W zeszłym roku zostałam zaproszona do gościnnego występu na koncercie Gorana w Warszawie. Kiedy weszłam na scenę, byłam świadkiem czegoś niesamowitego. Parę tysięcy ludzi śpiewało ze mną od początku do końca każde słowo… Była niesamowita energia, której Goran, nieprzepadający za dzieleniem sceny z kimkolwiek, nie mógł nie zauważyć. Wtedy narodził się pomysł wyruszenia w trasę, z szacunku dla fanów, wciąż wiernych od 18 lat, a także tych, którzy razem z tą płytą rośli i dojrzewali. To było coś, co również zaskoczyło mnie podczas tego występu. Teksty śpiewali ze mną także równolatkowie tej płyty… Musieli z nią dojrzewać. Zagramy w sumie 8 koncertów od 14 września w Łodzi, Gdyni, Szczecinie, Poznaniu, Wrocławiu, Krakowie i dwa w Warszawie, bo pierwszy sprzedał się zupełnie na 5 miesięcy przed terminem, więc organizatorom udało się dołożyć jeszcze jeden.

Czy możemy spodziewać się jakichś nowych muzycznych kompozycji, które stworzy duet Kayah i Goran Bregović?

Hmmmmm… Jeszcze chwilę pomilczę w tym temacie (śmiech).

Nowy singiel, trasa koncertowa, prowadzenie wytwórni fotograficznej, ale również intensywna obecność w mediach społecznościowych… Czy znajduje Pani chwilę spokoju, tak po prostu dla siebie? Czy Kayah potrafi przestawić się na tryb slow?

Oj taaaaak! Dbam o tę sferę bardzo. Uwielbiam cieszyć się spacerem z psem, ogrodem i dobrym winem w gronie ukochanych ludzi. Uwielbiam wspólne gotowanie, wspólne rozmowy, żarty… Lubię sprawiać sobie przyjemności, jak masaż, czy spotkania z bliskimi mi ludźmi. Kocham książki, lubię też biegać i pokonywać siebie, własne lenistwo. Myślę, że ważne jest, byśmy byli dla siebie dobrzy. Wtedy będziemy lepsi dla świata. Będziemy umieli kochać bliźniego, jak siebie samego.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *