Daria Ładocha. Biała Tajka na drodze nowoczesnej rewolucji

Ten wywiad planowaliśmy od dawna. Umawialiśmy się kilka razy na rozmowę, ale ciężko jest wbić się w kalendarz osoby takiej jak Daria Ładocha. Zabiegana, zapracowana, z uśmiechem na twarzy nie narzeka na nudę. Udaje się nam spotkać późnym wieczorem w jednej z poznańskich restauracji. Siadamy przy białym wytrawnym winie i rozmawiamy…

Rozmawia: Piotr Chabzda

Pamiętam jak pierwszy raz zobaczyłem Twoją książkę „W mojej tajskiej kuchni”. Ta okładka! Zamarzyłem, aby przeprowadzić z Tobą wywiad i gościć Cię na łamach SlowLife.

(śmiech) Aż tak? A coś z niej ugotowałeś?

Wstyd, ale nie.

Wszystko przed Tobą!

Kim jest Daria Ładocha?

Gdybym miała się określić jednym słowem… to jestem kuchtą. Kobietą, która ma swoją wrażliwość, jest bardzo empatyczna i której największą wartością w życiu jest radość.

Optymistka?

Bardziej bym powiedziała, że entuzjastka przeżywania życia. Lubię życie i lubię ludzi.  Wszystko co robię, robię z uśmiechem, tak aby innym również to sprawiało przyjemność.

Dobrze, ale powróćmy do tej kuchty. Co jeszcze ją charakteryzuje?

To mama. Każda mama karmi swoje dzieci, mało tego – chce to robić najlepiej na świecie! Stąd wiele frustracji wśród kobiet. Nie wiedzą, jak to zrobić i wtedy kuchta przychodzi im z pomocą. Ajurweda mówi, że nie tylko to, co jemy ma znaczenie, ale również to, w jakim jesteśmy stanie podczas gotowania. Matki są najlepszymi kucharkami na świecie.

A jaką jesteś mamą?

Najszczęśliwszą mamą na świecie! Szczęśliwa mama to szczęśliwe dzieci. Tak się dogadałam z moimi córeczkami, że rzeczywistość będziemy naginać do nas, a nie odwrotnie. Każdy z nas ma prawo spełniać swoje marzenia. Ma prawo do smutku i radości. Każdy może czuć się wolny. Uczymy się rozmawiać ze sobą. Postawiłam sobie za cel nauczenie moich córek komunikowania się ze sobą. Nauczyłam ich świadomości w żywieniu. Wiedzą, co i kiedy mają zjeść. Nie jestem ortodoksem, który zakazuje im jedzenia słodyczy. Od razu przypominam sobie obraz – moją babcię pieczącą ciasto drożdżowe z cynamonem. Ten zapach, smak powodował, że w domu unosił się aromat szczęścia. Są to najszczęśliwsze wspomnienia, jakie mam. Nie mogłabym tego zabrać moim dzieciom. Wspólnie gotujemy. Dziewczynki eksperymentują i tym samym uczą się kuchni, smaków. Ten czas, który z nimi spędzam, jest najbardziej efektywny.  Nauczyliśmy się, że czas spędzony ze sobą jest bardzo cenny.

Wspomniałaś o babci. Kto zaszczepił w małej Darii miłość do gotowania?

Pewnie, że babcia! Wspólne lepienie pierogów, gotowanie gołąbków, nóżek kurzych dla dziadka, flaków… To była osoba, która mnie nauczyła tego, jak gotować oraz jak żyć. Pamiętam każdą rozmowę, którą odbyłyśmy. O tym, jak było w czasie wojny, czemu nie można marnować jedzenia. Pamiętam, jak mi tłumaczyła, że jeśli „zostanie ci łyżka śmietany, to musisz wymyślić danie ze śmietaną, kupić kolejną, żeby tę łyżkę dodać, zmieszać i jej nie zmarnować”.

Droga zawodowa, którą obrałaś, związana jest z kuchnią. Założyłaś bloga mamalyga.org. Skąd taki pomysł?

Po prostu chciałam mieć miejsce, gdzie będę mogła zapisywać przepisy na „niszowe” dania dla moich córek. Bez nabiału, bez glutenu, bez mięsa. Chciałam stworzyć dla nich bibliotekę przepisów, z której będą mogły korzystać i gotować.

Dwa blogi [www.mamalyga.org, www.onemoretchai.pl – przyp. red.], cztery książki, programy kulinarne, udział w programie telewizji TVN „Agent”. Skąd czerpiesz energię na te projekty?

Proste – z jedzenia. Wiem dokładnie, co jeść, żeby mieć energię. I uwierz mi, że więcej energii mam wtedy, gdy jem mniej, niż gdy jem dużo.

Polacy dobrze jedzą?

Coraz lepiej. Po czasach PRL-u rzuciliśmy się na wszystko. Kuchnia włoska, sushi, hamburgery – w myśl zasady „cudze chwalicie, swego nie znacie” stały się kuchniami, które wpisały się w codzienny jadłospis Polaków. Nie są dla nas dedykowane – tak samo jak nie są dla nas odpowiednie mango czy awokado. Przykładowo: Tajowie jedzą produkty sezonowe. Żywią się zgodnie z klimatem, który u nich panuje. Powinniśmy jeść to, co nasza ziemia daje, bo to jest skorelowane z klimatem, w którym żyjemy. Czyli latem jemy nowalijki i owoce, które są wychładzające, a zimą bigos długo gotowany, przez co zwiększa się energia. Coraz więcej ludzi tym się kieruje, ale część poddaje się panującym modom żywieniowym, a to potrafi być zgubne.

Od razu się nasuwa pytanie, czy dobrze gotujemy?

Gotujemy coraz lepiej, świadomie wybieramy produkty. Stawiamy na jakość, coraz częściej zwracamy uwagę na to, skąd pochodzi dane warzywo, mięso czy owoc. Jednak jest problem z naszą wiedzą dotyczącą gotowania. Boimy się kulinarnie eksperymentować. Podczas gotowania trzeba myśleć. Brak nam wyobraźni na temat produktów – tego, co możemy z nich robić. Ale to też powoli będzie się zmieniać. Dajmy sobie trochę czasu.

W kampanii promocyjnej sieci sklepów Lidl promujesz nowoczesne gotowanie. Czy to oznacza, że w domu u Darii Ładochy nie zjem pysznej golonki w piwie i żuru?

Oczywiście, że zjesz! Ale zrobione w taki sposób, który jest dopasowany do naszych czasów. Które są bardzo szybkie i które skracają nam czas poświęcony gotowaniu oraz na spotkania z bliskimi. Nowoczesność w kuchni oznacza nowoczesność w życiu. Ma być zdrowo i szybko. Nowoczesność to są relacje między matką i córkami, i przyjaciółmi. To jest slow life w obszarze czasu, który masz do dyspozycji. Ale jest to też filozofia „jedz lepiej, ale mniej”. Dostosowanie kuchni staropolskiej, tego, co jemy, do obecnych warunków życia. Czerpanie z tradycji i kulinarnej regionalności.

Czerpiesz pomysły również z podróży…

Oj, tak. Bardzo dużo podróżuje. Odwiedzając inne miejsca, poznaje je przez gotowanie. Często staję za garami i „badam” kuchnię danego kraju.

Skąd wzięło się u Ciebie ogromne zainteresowanie kuchnią tajską?

Gdy 10 lat temu wyjechałam pierwszy raz do Tajlandii, wysiadłam z samolotu i na ulicy zjadłam zielone curry z bakłażanem i kurczakiem. Zjadłam i się rozpłakałam. Od zawsze interesowałam się kuchnią i od zawsze gotowałam. Myślałam, że czytając książki nauczę się smaku, przyrządzania tajskich potraw. I oczywiście tak się stało. Ale gdy spróbowałam tych oryginalnych, przez nich przygotowywanych, po prostu dostałam obuchem w łeb. To było coś niesamowitego. Złożyłam sobie wtedy obietnicę, że dowiem się wszystkiego, co możliwe na temat kuchni tajskiej. Obietnicę tę wypełniam z roku na rok. Byłam już wszędzie. W dżungli płukałam w rzece jelita świni, gotowałam w tajskich domach, restauracjach, gdzie przebiegały mi po nogach szczury. To jest lekcja, której się nie zapomina.

A sami Tajowie? Potrafią zaufać Europejce?

Potrafią. Ale jest to okupione ciężką pracą fizyczną oraz psychicznym poddaniem – zaufaniem im. Są przyjaźni, ale jeśli wchodzisz na ich terytorium, masz bardzo ciężko. Od razu jesteś na niższej pozycji. Musisz udowodnić, że potrafisz gotować. Muszą cię przyjąć w poczet bandy. Pamiętam sytuację, gdy przez osiem godzin obierałam duży worek gałązek liści limonki kafir. Mają kolce i z każdej gałązki musiałam zerwać listki i z każdego z nich usunąć żyłkę. Ręce całe zakrwawione. Jak to zrobiłam, dostałam dwadzieścia kapust do poszatkowania cieniutko na spring rollsy. Następnego dnia przyszłam z zabandażowanymi rękoma. Nie każdego na to stać. Ludzie oceniają cię po tym, jak wyglądasz. A to często zgubne. Tam panuje taka hierarchia, jaką ustali szef. Jak się nie sprawdzasz, to wylatujesz. Żeby tam się dostać i wkupić, musisz być bardzo silny, zdeterminowany i odważny. Trzeba pokazać, kim mogę być dla nich i jak bardzo się im przydam, jeżeli mnie czegoś nauczą.

Najważniejszy dla Ciebie komplement, jaki usłyszałaś z ust Tajów?

Jak nazywają mnie Białą Tajką. To jak moje przepisy, dania są przez nich nazywane po tajsku. Bezcenne uczucie.

Dario, wybacz, ale muszę zadać Ci to pytanie, kto jest agentem?

(śmiech) Każdy mi je zadaje. Nie odpowiem na nie.

Udział w tym programie traktujesz jak…

Jak przygodę! Pomyśl sobie: w dorosłym życiu, masz dwójkę dzieci, pracę, zobowiązania… I jedziesz na drugi koniec świata bez telefonu, bez maila, bez komputera. Bawisz się jak dziecko w różne gry i zabawy – często ryzykowne, przepełnione adrenaliną. Jesteś z ludźmi, z którymi powoli nawiązujesz bliskie relacje. Poznajesz inny kraj, kulturę, obyczaje. Rywalizujesz, ale też wiele się dowiadujesz o sobie oraz o innych ludziach…

Gra psychologiczna?

Wyłącznie! Uczestnicy tego programu cały czas siebie obserwują, poznają. Muszą zwracać uwagę na najdrobniejsze szczegóły. Cała gra polega na tym, co czytasz między wierszami.

Ciężko było?

Bardzo… walka ze swoimi słabościami, różne zachowania ludzi. To ważna lekcja w życiu, wartościowe doświadczenie. W trakcie kręcenia programu targają tobą różne emocje. Na początku ekscytacja, później znudzenie, a na samym końcu czujesz się jakbyś był w rodzinie, wśród bliskich osób.

Powiedz mi proszę, gdzie Ty, zabiegana dziewczyna, odnajdujesz swój slow?

Nie wiem… to jest najtrudniejsze pytanie, jakie dzisiaj mi zadałeś.

Ale to jest rodzina, podróże, projekty, które realizujesz?

Podróże na pewno, ale tam w sumie nie ma slow. Spełnienie swoje własne mam w domu i w pracy. W trakcie wakacji też nie potrafię odpoczywać – gotuję z kucharzami. Uczę się nowych potraw, smaków. Nie potrafię odpoczywać i już widzę, że ciało nie nadąża za głową. Generalnie to jest mój cel. Zapytałeś mnie, jaki jest mój cel. Muszę się nauczyć odpoczywać. To jest mój cel, który może kiedyś uda mi się zrealizować.

Tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.

Dzięki. No i ugotuj coś tajskiego! (śmiech)

Obiecuję!

Wywiad został opublikowany w wydaniu 3(31) maj/czerwiec SlowLife

Zdjęcia: Monika Ostrowska /dzięki uprzejmości KUCHNIA +

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *