Daję SLOWo, czyli subiektywny przegląd rzeczywistości

Lubimy być zaskakiwani i tym bardziej, cieszymy się jak robią to nasi Czytelnicy.  Z przyjemnością prezentujemy kolejny tekst jednej z naszych czytelniczek. 

Weszłam do sklepu niechętnego inteligentnym inaczej po blender, który bestialsko zamęczyłam ze szczególnym okrucieństwem na próbie zmielenie ziaren ostropestu. Równie dobrze mogłabym podjąć wyzwanie zmielenia kamieni  albo zrzucić nieszczęśnika z dziesiątego piętra, tuż pod koła przejeżdżającego tira.

Już byłam w alejce dla zasłużonych kur domowych… gdy nagle… mój kąt oka dostrzegł piękno tak głębokie, że dech zapiera. Falujące wodorosty i wśród nich ryby o rajskim kolorycie, motyle wielkości płyt regipsowych i trawy zmysłowo falujące pod delikatnym muśnięciem wiatru. Wszystko w rozdzielczości hajdefinyszyn, zamknięte w nienachalnej ramce – na oko – 100 cali. Stałam jak urzeczona i gęsto mrugałam, bo moc przekazu miażdżyła wszelkie poczucie zdrowego rozsądku. U dołu ekranu, niczym dyskretny list miłosny, figlarnie zerkał na mnie komunikat, że będzie nam razem cudownie, bo czymże są raty zero procent wobec siły rodzącego się uczucia? Podchodziłam powoli, jak mysz zahipnotyzowana tańcem kobry.

Byłam o jeden piksel od przeliczenia swojej zdolności kredytowej, gdy na ziemię brutalnie ściągnął mnie dźwięk chrzęstu nieogolonego policzka, po którym miarowo przesuwał palcami wyschnięty jegomość 75 +.

Musiał w lot pojąć przyczyny mojego baraniego wzroku, bo pomijając wszelkie finezje i kokony bawełny przeszedł do rzeczy:

– Pani kochana… Pani się nie da zrobić tym oszołomom! Za moich czasów były dwa kanały, przełączało się za pomocą pokręteł, które w ogóle nie stroiły i wciąż wypadały, wiecznie śnieżyło,  jak się Karków łączył z Warszawą to człowiek sobie spokojnie zdążył herbatę i dwie kanapki zrobić,  a  w programie wielkie… pani… ten… nic! A teraz? Kanałów  ze dwieście, obraz taki, że możesz im pani żyłki w oczach policzyć, jak leci reklama to idzie indora upiec, o pilota się wszyscy tłuką, a co w programie? No? – wycelował we mnie oskarżycielko wyciągnięty palec.

– No… – ostatkiem sił spróbowałam zebrać myśli. Bezskutecznie.

Dostrzegł moje zmagania i litościwie rzucił:

–  Wielkie nic!  – sapnął z poczuciem dobrze wykonanej roboty i skinął mi głową na do widzenia.

Spojrzałam na niego z podziwem: cichy bohater galerii handlowej, obrońca ostatnich szańców instynktu samozachowawczego oddalał się z powagą należną pełnionej misji.

Telewizora o dwustu bezużytecznych kanałach nie kupiłam. Na otarcie łez miałam za to sześć programów świeżo zakupionego przeze mnie blendera.

Które i tak były niczym w porównaniu z piętnastoma… rozdziałami książki z topowej półki w empiku, którą nabyłam drogą zakupu tegoż popołudnia. Zapowiadał się całkiem miły wieczór, słowo daję…

 

Tekst: Aldona Reich

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *