Chodzi o to, by się zatrzymać

Gdy Roman Gutek chce w życiu zwolnić, wymyśla i organizuje kolejny festiwal. Tym razem na Podlasiu, w niespełna 5-tysięcznym uzdrowisku Supraśl. Do kulturalnych marek, których jest twórcą: Warszawski Festiwal Filmowy, Gutek Film, kino Muranów, MFF T-Mobile Nowe Horyzonty, kino Nowe Horyzonty, American Film Festival, teraz dołączyło Podlasie SlowFest. 79-dniowy interdyscyplinarny festiwal, który od 1 lipca do 17 września oferuje ponad 440 wydarzeń łączących sztukę, naturę i kulinaria. Wszystkie w klimacie slow.

Rozmawia: Ewelina Lewkowicz-Żmojda

 

Na stronie Podlasie SlowFest przeczytałam, że „Roman Gutek zwolnił”. Pędziłeś do tej pory?

Pędziłem, ale ostatnio trochę zwalniam. Jestem zmęczony dużymi festiwalami, ich intensywnością, przeładowanym programem. Nie ma tam czasu na rozmowy, przemyślenia, zastanawianie się, namysł, nawiązywanie głębszych relacji. Wszyscy ślizgamy się po powierzchni, byle więcej i szybciej. Podlasie SlowFest wziął się właśnie z potrzeby stworzenia wydarzenia, w którym uczestnicy festiwalu, ja sam, moi przyjaciele, mieszkańcy Supraśla, Białegostoku i okolic, nie będą pędzić z jednej sali do drugiej, tylko codziennie otrzymają propozycję jednego lub dwóch wydarzeń artystycznych. Oprócz nich przygotowaliśmy wiele warsztatów (relaksacyjne, ale też i pisania ikon, śpiewu cerkiewnego, kulinarne), slow jogging czy wycieczek z przyrodnikiem do lasu – nawet nocą. W programie mamy sztukę, kulinaria i naturę.

Festiwal potrwa aż 79 dni!

No właśnie, festiwal jest świadomie rozciągnięty w czasie. Wszystko będzie trwało 2,5 miesiąca i myślę, że taka otwartość pozwoli wielu osobom wziąć udział w tym wydarzeniu. Można przyjechać na kilka dni, można wrócić za miesiąc. To jest propozycja dla tych, którzy chcą aktywnie odpoczywać i mieć kontakt ze sztuką.

Określiłeś otwarcie to, czego doświadcza wielu ludzi. Chodzi o zmęczenie tradycyjną formą festiwali, z ich napiętym programem, który nie daje chwili na oddech i zebranie myśli.

Trzeba powiedzieć wprost: dużo tracimy podczas bardzo intensywnych wydarzeń kulturalnych, kiedy je wręcz konsumujemy. A chodzi o przyjemność czekania i radość z tego, kiedy już to nastąpi. Warto potem pobyć z tym trochę dłużej.

Myślisz, że rozciągnięcie w czasie sprawi, że ludzie będą bardziej świadomie korzystać z propozycji, jakie oferuje Podlasie SlowFest?

Nie chcę nikogo zmieniać ani czegoś narzucać. Co jakiś czas potrzebuję zmiany, oderwania od rutyny. Podlasie SlowFest wypływa z potrzeby i momentu, w jakim teraz jestem. Pierwszy raz od 24 lat nie pojechałem na festiwal do Cannes, na którym byłem co roku. Czuję zmęczenie, po prostu. Nie znaczy to, że rezygnuję z oglądania filmów. Cały czas mam z tego frajdę i czekam na nowe. Jednak festiwal w Cannes to nieludzka machina, jeśli chodzi o tempo, bieganie, stanie w kolejkach i fizyczne zmęczenie. Potrzebuję zwolnić. Nie chcę marudzić, ale co tu dużo mówić, w pewnym wieku trzeba zejść z wysokich obrotów.

To nie paradoks, że kiedy postanowiłeś zwolnić, robisz nowy festiwal? W dodatku na Podlasiu, z dala od dotychczasowych miejsc swojej aktywności?

To jest pewien paradoks, ale pamiętajmy, że w Supraślu będzie kameralnie. Wielu ludzi dziwi ten wybór. Takie małe, spokojne miasteczko. Dlaczego tam? Może trzeba było ten festiwal robić w pobliskim Białymstoku? No ale właśnie ja chcę organizować to wydarzenie w nieoczywistym miejscu. Supraśl był świadomą decyzją. Świetnie położony, w puszczy. Jest kompaktowy, niezwykły z różnych względów. Odwiedzałem też inne miejscowości na Podlasiu, szukałem także na Mazurach. Supraśl był pierwszym wyborem i tak zostało. Czasami człowiek gdzieś trafia i po prostu wie, że o to mu chodziło.

Najpierw więc było miejsce?

Do Supraśla trafiliśmy na Sylwestra, by powitać rok 2015. Pomysł festiwalu narodził się rzeczywiście w trakcie tego pobytu i w drodze powrotnej, gdy z żoną rozmawialiśmy sobie w samochodzie. Chodziło o to, by coś tu zrobić, bo miasteczko ma ciszę, spokój, jest fajnie położone. Od początku wiedziałem, że to, co stworzę, powinno być zrobione w zgodzie z duchem tego miejsca. Nie chciałbym, by ludzie zadeptali Supraśl, by przyjechały tłumy. Dlatego nie stosujemy nachalnego marketingu. Promujemy festiwal w sieci, wykorzystujemy media społecznościowe. Liczę, że Podlasie SlowFest przyciągnie ludzi świadomych, a nie tych, którzy oczekują spotkania z gwiazdami oraz tego, że będzie tylko łatwo, lekko i przyjemnie.

Nie będzie przyjemnie?

Przyjemnie z pewnością będzie, ale czy lekko? Raczej nie. Te wydarzenia, jak filmy nurtu slow cinema, muzyka, są w większości kontemplacyjne, bardzo niszowe. Nie jesteśmy jednak zupełnie radykalni i jeśli chodzi o kino, to nie będziemy pokazywali tylko wielogodzinnych filmów Lava Diaza czy filmów Jamesa Benninga, w których nie pada żadne słowo. Przez półtorej godziny patrzymy na przechodzenie dnia w noc. Dla mnie to jest fascynujące i wiem, że część ludzi to także zafascynuje. Benning zrobił też „13 jezior”, gdzie w 13 9-minutowych ujęciach przyglądał się wodzie i temu, co się na niej dzieje: przepływa sobie kaczka, przepływa statek. Nakręcił „10 chmur”, w którym obserwuje z dachu, jak się zmienia niebo. Z drugiej strony podczas festiwalu pokażemy film „Patterson” Jima Jarmuscha, o którym radykalni krytycy mogliby powiedzieć, że to raczej już nie slow cinema. To będą autorskie filmy, bardzo dobre, które każą się zatrzymać i zastanowić. Jeśli chodzi o muzykę slow, to podczas festiwalu pojawi się muzyka minimalistyczna, muzyka cerkiewna, muzyka dawna, jazz i duże widowisko plenerowe. Jest z czego wybierać.

Czy Podlasie pojawia się w repertuarze?

Oczywiście, chociażby teatr Wierszalin, który jest ikoną Supraśla. Czerpie z lokalności, wierzeń, mitów, podań. Jest teatrem prowincjonalnym, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Nie poddaje się modom, robi swoje. W każdym spektaklu czuje się, że to jest tam właśnie osadzone. Wierszalin to takie laboratorium alchemika, tak go odbieram. Jest on bardzo w duchu tego festiwalu. Będą koncerty muzyki cerkiewnej, wystąpi Karolina Cicha. Zagra Orkiestra Klezmerska Teatru Sejneńskiego czy grupa Z Lasu. Odbędzie się wieczór poświęcony kulturze Polesia. Współpracujemy z różnymi osobami, instytucjami i firmami, które włączyły się w ten festiwal. Podlasie jest bardzo slow.

Slow to moda, czy konieczność?

Trudne pytanie. Na pewno teraz jest moda na slow. Zaczęło się od jedzenia, przeszło na inne dziedziny. Dobrze, że tak się dzieje. Jeżeli część ludzi chce żyć bardziej świadomie, to dlaczego nie? Nie jestem jednak radykałem, mnie się ta idea bardzo podoba, przede wszystkim w podejściu do sztuki i kontaktu z wydarzeniami kulturalnymi. Supraśl jest takim miejscem, gdzie można wypoczywać, a my dodatkowo stwarzamy ciekawą ofertę kulturalną. Można więc będzie połączyć odpoczynek ze sztuką, która jest wymagająca, niszowa, eksperymentalna, jak np. słuchowiska Eugeniusza Rudnika. Są one takim kinem dla ucha. Będzie można ich słuchać w ciemnej sali teatru Wierszalin, co wymaga wyłączenia się, skupienia.

Co z propozycją festiwalową dla dzieci?

Zaproponowaliśmy 24 seanse filmowe adresowane do najmłodszych uczestników. Będzie to kino europejskie, odmienne od Disneyowskich produkcji czy innych z szybką akcją. Świadomie wybraliśmy filmy, które dzieci rzadko mają okazję oglądać. Większość z nich pochodzi z dystrybucji Stowarzyszenia Nowe Horyzonty, z cyklu Nowe Horyzonty Edukacji Filmowej. Są piękne. Niestety, rodzice natomiast pokazują dzieciom przede wszystkim komercyjne amerykańskie produkcje z szybką akcją. Gdy dzieciaki same coś wybierają, to też najczęściej są to filmy, w których wiele się dzieje. Nawet gdy na te seanse latem przyjdzie do nas 5 czy 10 osób, będzie to miało sens.

Masz swoje marzenia czy oczekiwania związane z Podlasie SlowFest?

Jestem bardzo ciekawy, jaka publiczność przyjedzie i jak ludzie zareagują na nasze propozycje. Chciałbym, aby w kolejnych latach program był jeszcze bardziej radykalny. Będę obecny niemal przez cały festiwal, wyjadę tylko na Nowe Horyzonty w sierpniu. Jeżeli chodzi o marzenia, to chciałbym zbudować na Podlasiu, być może w Supraślu, takie centrum festiwalowe. Mielibyśmy tam salę wielofunkcyjną, kinową, przestrzeń wystawienniczą, kawiarnię i restaurację, przestrzeń do prób i niewielki hotel, a to wszystko w oddalonym miejscu, wśród lasów i łąk. Taki festiwal mógłby wtedy trwać jeszcze dłużej, nawet do października. Jeżdżąc po Polsce widzę, że ludzie szukają ciekawych możliwości spędzenia czasu, co nie zawsze otrzymują. Natura jest cudowna, ale po tych kilku dniach w jednym miejscu, ludzie chcą coś ze sobą zrobić – posłuchać koncertu, pójść na jakiś spektakl czy obejrzeć film. Do utrzymania takiego centrum przez cały rok potrzebowałbym partnerów publicznych, by pomogli współfinansować artystyczne działania.

Kiedy już odpoczywasz, to w jaki sposób?

Czytając. Uwielbiam też biegać na nartach, choć śniegu coraz mniej. Mieszkam pod lasem, więc z żoną robimy kilometry z kijkami do nordic walking lub rowerami. Lubię nasze plaże, gdzie głównie chodzimy, zachody słońca sobie oglądamy. Bardzo proste przyjemności.

Zdjęcia: Łukasz Gawroński, Ewelina Lewkowicz – Żmojda / www.basniowysuprasl.pl

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *