Certyfikowany raj z zielonym listkiem

Gdy z Olkusza trafili do Szczyrzyca pomyśleli, że to jest właśnie ich wymarzone miejsce na ziemi. Dziś ich Eko Farma jest azylem dla szukających wyciszenia przyjezdnych, sklepem dla łaknących zdrowych pokarmów i miejscem odpoczynku dla wszystkich, którzy tu trafią. O tym, dlaczego można tu się czuć jak w raju i jak, nawet w wielkim mieście, możemy być bliżej natury, opowiedzieli nam Lidia i Maciej Włodarczykowie, właściciele Eko Farmy w Szczyrzycu

Tekst: Beata Kozłowska

– Pochodzimy z Olkusza, który niegdyś słynął z produkcji garnków. Mąż jest muzykiem, ja z wykształcenia jestem dietetykiem – mówi Lidia Włodarczyk. – Mieliśmy takie marzenie, aby kiedyś, w przyszłości zamieszkać na wsi, jednak dwadzieścia lat temu przede wszystkim zajmowaliśmy się działalnością kulturalno-artystyczną w Olkuszu.

Prowadzona przez Włodarczyków Agencja Artystyczna Baszta w Olkuszu klimatem przypominała krakowskie kluby. Tu odbywały się koncerty, wieczory poetyckie, spotkania z ciekawymi gośćmi…

– Trwało to 6 lat. Nagle okazało się, że musimy się stamtąd wynieść – wspomina pani Lidka. – Zaczęliśmy szukać swojego miejsca na ziemi. Marzyła nam się wiejska chata, cała zbudowana z bali. Znaleźliśmy taką chatę w Beskidzie Wyspowym, w Królówce. Jednak była zbyt zniszczona, żeby zamieszkać.

Państwo Włodarczykowie szukali dalej. I tak trafili na Szczyrzyc.

– Dowiedzieliśmy się, zupełnie przypadkiem, że jest tu opuszczone gospodarstwo rolne. Półtora hektara powierzchni, stary dom z bali, widok jak z bajki: na Górę Świętego Jana, w dole rzeka Stradomka… – wspomina gospodyni Eko Farmy. – Poczuliśmy się prawie jak w Toskanii. Decyzja zapadła szybko. Kupujemy.

Marzenia o życiu w zgodzie z naturą nie zawsze są łatwe do spełnienia od razu. Włodarczykowie zawsze wiedzieli, że chcą sobie stworzyć tu mały, rodzinny raj. Bez chemii, bez pośpiechu, wyłącznie dzięki pracy własnych rąk powoli ,,budowali” Eko-Farmę.

– Byliśmy mieszczuchami, wszystkiego musieliśmy się nauczyć praktycznie od zera. Nieraz bolały nas ręce, gdyż wszystko staraliśmy się zrobić sami – bo tak jest taniej i lepiej, bo każda praca jest zrobiona najlepiej jak umiemy – mówi pani Lidka. – Uczyliśmy się wszystkiego: koszenia trawy, pieczenia chleba, przygotowywania jedzenia. Gdy tu przyjechałam, myślałam, że wszystkie gospodynie na wsi pieką chleb. A jednak nie… łatwiej było kupić go w sklepie niż przygotować samemu. Dlatego sama musiałam nauczyć się przygotowywać taki zakwas, jaki chciałam, aby chleb był pyszny i zdrowy. Uczyliśmy się często na własnych błędach. Ale dzięki temu dziś wiemy o zdrowej żywności i o życiu w zgodzie z naturą prawie wszystko.

Cystersi, Indianie i ekokonfitury

Szczyrzyc w powiecie limanowskim jest nietypową wsią. Jest tu i kościół, i klasztor ojców Cystersów, szpital, i bank, kilka sklepów, dwie szkoły. Nie trzeba jeździć daleko, żeby pozałatwiać wszystkie niezbędne codzienne formalności. Z drugiej strony w wielu miejscach przyroda jest jeszcze nieskażona ręką ludzką, gospodarze hodują zwierzęta tradycyjnymi metodami, uprawiają warzywa dla siebie ograniczając chemiczne opryski. Dla państwa Włodarczyków Szczyrzyc wydawał się miejscem wręcz idealnym, alby właśnie tu stworzyć swoje ekogospodarstwo. Obszar, gdzie znajduje się dziś Eko Farma, uznany został za przyrodniczo cenny dla całej Europy, dlatego też objęty jest ochroną w ramach programu Natura 2000. Wszystkie produkty, powstające w gospodarstwie objęte są certyfikatem, który Włodarczykowie co roku otrzymują po wnikliwej kontroli biura certyfikacji COBICO z Krakowa. Oficjalnie posługują się znakiem wykorzystywanym do wyróżniania produktów rolnictwa ekologicznego. Znak ten obowiązuje na terenie całej UE. EkoFarma nie jest więc ekowyspą w morzu chemii, ale elementem zrównoważonego środowiska, a unijny ,,zielony listek” stał się ich znakiem rozpoznawczym i symbolem najwyższej jakości.

– Zanim do tego doszło, uczyliśmy się na błędach – mówi pani Lidka. – Największą częścią naszego gospodarstwa jest stary sad z tradycyjnymi odmianami jabłoni – mamy tu papierówki, antonówki, malinówki, kosztele i wiele innych pysznych odmian, które doskonale sobie radzą bez chemicznych oprysków ze szkodnikami i z chorobami. W pierwszym roku był urodzaj jabłek, zebraliśmy ich chyba 5 ton, musieliśmy wynająć traktor, aby odwieźć wszystkie do skupu… Zapłacono nam bodaj po 5 groszy za kilogram, więc gdy opłaciliśmy traktor okazało się, że praktycznie nic pieniędzy nie zostało. Wtedy przyszła refleksja: a może warto zrobić z tych wspaniałych owoców sok? Przecież to kompletny absurd, żeby pyszne, niepryskane jabłka oddawać za grosze do przemysłu, gdzie zostaną wymieszane z pryskanymi chemią owocami. Zaczęliśmy szukać prasy do owoców, ale nigdzie w pobliżu takiej nie było.

Ale upór robi swoje. Odpowiednią prasę znaleźli w Czechach. Od tego czasu co roku od lata do listopada trwa produkcja soków – oczywiście z zielonym listkiem.

– Ostatnie jabłka w naszym sadzie to grochówki, które zbieramy jeszcze w listopadzie – dodaje właścicielka EkoFarmy. – I teraz przez cale lato i jesień tłoczymy soki. Sok podgrzewamy do 80 °C i pakujemy do opakowań z kranikiem, które są świetne dlatego, że powietrze nie dostaje się do środka. Napoczęte opakowanie soku może być wykorzystywane nawet przez dwa tygodnie, a trwałość soku zamkniętego to 1 rok. Taki sok z samych niepryskanych jabłek albo z dodatkiem ekologicznej aronii to samo zdrowie.

Trochę przez przypadek pani Lidka zaczęła też wytwarzać konfitury z mirabelek. To specyficzne śliwki, z których pestka bardzo źle odchodzi od miąższu. – Jednego dnia, po zbiorach, mąż wstawił dwie skrzynki mirabelek do piwnicy – wspomina pani Włodarczyk. – A piwnicę, po poprzednich właścicielach mamy wspaniałą, z odpowiednim nawodnieniem i wentylacją… Gdy mirabelki poleżały dwa dni okazało się, że nie ma już problemu z wypestkowaniem owoców. I dzięki temu można było zacząć wytwarzać konfitury z mirabelek. Na Węgrzech takie konfitury widziałam, ale u nas chyba nikt takich nie robi.

Dumą Włodarczyków są także powidła ze starych odmian węgierek. Smażone w specjalnym garnku, na prawdziwym ogniu, przez kilka dni, są słodkie naturalną, najzdrowszą słodyczą.

Powidła smażymy przez tydzień, praktycznie codziennie dodając nową porcję owoców. Gdy kończymy przygotowanie konfitur, najwcześniej dodane owoce są już rozgotowane kompletnie, a te, które dodawaliśmy na końcu, jeszcze mają wyczuwalny miąższ. To prawdziwa, naturalna, zdrowa słodycz. Kto próbuje, ten zawsze się zachwyca – opowiada pani Lidia.

Państwo Włodarczykowie mieszkają w Szczyrzycu od 15 lat. Jak mówią, dopiero od 3 lat ich Eko Farma jest taka, jak sobie wymarzyli: zaczęła być lokalnym centrum ekologii, dobrego samopoczucia i smaku. W końcu czują i wiedzą, że są potrzebni. Tu organizowane są warsztaty ekologiczne, kulinarne, a nawet muzyki etnicznej, plenery rzeźbiarskie i koncerty. Hitem okazała się wioska indiańska, która także powstała poniekąd przypadkiem.

– Gdy przyjechaliśmy do Szczyrzyca, zamarzyliśmy, aby latem zamieszkać na własnej łące w indiańskim namiocie. I tym razem los nam pomógł. Okazało się, że chłopak, który potrafi uszyć tipi (indiański namiot) mieszka tuż obok, bo w… Limanowej – wspomina pani Włodarczyk. – Okazało się też, że marzy on o dużej i funkcjonalnej zmieniarce do płyt kompaktowych. A nam właśnie taka zmieniarka została z poprzedniej działalności i była nam kompletnie niepotrzebna. Wymieniliśmy ją na nasze pierwsze tipi.

Gdy Włodarczykowie zamieszkali w indiańskim namiocie, nagle stali się centrum zainteresowania osób wędrujących czarnym szlakiem. Turyści przychodzili zobaczyć, jak taki namiot wygląda w środku, zaglądali pytając: czy nie mogliby przekonać się choć przez chwilę, jak się mieszka w tipi… Gospodarze zrozumieli, że skoro każdy chce namiot oglądać, to może warto urządzić w gospodarstwie wioskę indiańską z prawdziwego zdarzenia.

– Zaglądają turyści, zaglądają też wycieczki szkolne – mówi pani Lidia. – Sezon zaczyna się mniej więcej w drugiej połowie kwietnia, a kończy w październiku. Sprowadziliśmy ze Stanów Zjednoczonych prawdziwe indiańskie akcesoria, w tym sezonie mamy też wiele nowości. Dlaczego zainteresowali nas waśnie Indianie? Bo także żyli zgodnie z przyrodą…

Eko w wielkim mieście zaczyna się na talerzu

Niejeden mieszczuch, gdy trafił do Szczyrzyca, pragnął zostać tu na zawsze. Jednak codzienne obowiązki przyjezdnych powodują, że chwila na odpoczynek w nieskażonym miejscu jest zawsze za krótka i wracają do betonowych miejskich murów. Czy my, mieszkający w wielkich miastach i wielkich bloków mamy szansę na co dzień poczuć się bliżej natury? Jak to zrobić?

– Rzeczywiście, turyści często nam mówią: chcielibyśmy inaczej, ale nie da się żyć bez chemii, a ja przekonuję, że warto tę chemię co najmniej ograniczyć, a z żywności koniecznie wykluczyć – wyjaśnia Lidia Włodarczyk. – Jestem dietetykiem, więc moja wiedza wynika nie tylko z mojego doświadczenia, ale także z wykształcenia. Sprawdzajmy etykiety na produktach żywnościowych, czytajmy, co kryje się w ,,żywności” zapakowanej w kolorowe kartoniki. To, co niszczy zdrowie wielu osobom to syrop glukozowo-fruktozowy, który jest praktycznie wszędzie i dodawane do wielu produktów utwardzane tłuszcze roślinne, tak zwane tłuszcze trans. Każdy produkt zapakowany ma w sobie konserwanty. Czy musimy jeść taką żywność? Przypomnijmy sobie, co jedliśmy w domu u rodziców i dziadków: czy był tam syrop glukozowo-fruktozowy? To, co jemy ma przecież ogromny wpływ na nasze zdrowie.

Włodarczykowie nie mają wątpliwości, że żywność ekologiczna może zdziałać cuda. Jak mówi pani Lidia, nie pamiętają już, kiedy któreś z nich chorowało. – Nawet nasze dzieci: Natalia i Joszko nie chorują razem z wszystkimi dziećmi w szkole, gdy przytrafia się epidemia grypy. Nie mam wątpliwości, że to zasługa pożywienia bez chemii – mówi.

Wielu z nas jednak narzeka, że certyfikowana żywność jest droga. Są też tacy, którzy mówią, że certyfikat to zbędna formalność.

– Są osoby, które wierzą producentom na słowo i nie żądają potwierdzenia, ale certyfikat to ważna rzecz – mówi pani Lidia. – Zaświadcza, że wszystko od początku do końca jest ekologiczne, prawdziwe i nieoszukane. Gdy zaczynałam piec chleby szukałam w pobliżu takiego młyna, gdzie będę mogła kupować certyfikowaną mąkę. Ale, choć zapewniano mnie, że produkty są najwyższej jakości, to jednak trudno było znaleźć dobre mąki z certyfikatem. Odpowiedni młyn znalazłam w… Czechach. produkują cudowne mąki: orkiszową, chlebową, pełnoziarnistą, mąki żytnie, wszelkie nasiona: słonecznik, dynię, siemię lniane i wszystko z unijnym zielonym listkiem. Dla mnie to ważne. Wszystko, czego używamy w naszym gospodarstwie do produkcji żywności ma certyfikat ekologiczny.

Pani Lidia zaleca, abyśmy i my, w miastach sięgnęli po certyfikowaną żywność. Nie tylko od święta, ale na co dzień.

– Słyszę często, ze biożywność jest droga, dużo droższa od tej produkowanej metodą przemysłową – mówi. – Ale czy naprawdę jest droższa? Sama przecież kiedyś kupowałam żywność w dużych sklepach i pamiętam, ze jak kupiłam kilogram marchwi czy ziemniaków, to często połowę warzyw wyrzuciłam, bo albo zgniły, albo po obraniu wyglądały nieładnie. Większość ludzi tak samo kupuje tanią żywność i… wiele z niej wyrzuca. A gdy kupimy marchewkę czy jabłka z ekocertyfikatem, będziemy je bardziej szanować niż tanie, przemysłowe owoce. Nie wszystko hodujemy na naszej farmie, są rzeczy, które muszę kupić, ale u mnie w kuchni nie wyrzuca się żywności. Żadna marchewka, jabłko czy pomidor się nie zmarnuje. Owoce i warzywa z certyfikatem bio są smaczniejsze i mają więcej właściwości odżywczych. To po prostu samo zdrowie.

Nie tylko owoce smakują inaczej. Państwo Włodarczykowie mówią, że – choć jedzą niewiele mięsa – to mięso zwierząt hodowanych w sposób tradycyjny ma inny smak niż mięso zwierząt z ,,fabryk hodowlanych”. – Nie tylko smak się liczy. Zwierzę hodowane tradycyjnie, wypasane na zielonej, zdrowiej trawie ma lepsze życie, nic więc dziwnego, że mięso takiego zwierzęcia jest zdrowsze dla człowieka.

Jeśli więc w środku wielkiego miasta chcemy się poczuć bardziej eko, warto zacząć od żywności.

– Tracimy czas na wiele zbędnych rzeczy, zamiast zająć się tym, co ważne. Warto przyrządzać pyszne i zdrowe jedzenie dla całej rodziny – dodaje pani dietetyk. – Zajadajmy się tym, co rośnie wokół nas i na co w danej chwili jest sezon. Korzystajmy z tego, że natura jest mądra i nie potrzebuje polepszaczy.

Zdaniem pani Lidii niezbędne minimum to domowy wypiek chleba. – Z mąki certyfikowanej, bez dodatków chemicznych – mówi. – Jeśli ktoś nie potrafi zrobić zakwasu, to przynajmniej niech przygotuje chleb na drożdżach. Upieczenie takiego bochenka nie wymaga wielu umiejętności, a sami będziemy mogli się przekonać, jak bardzo różni się od pieczywa kupowanego w sklepach. Jeśli narzekamy, ze taki chleb jest drogi, to możemy zaoszczędzić na dodatkach do pieczywa. Dobry chleb z dobrym masłem i solą smakuje lepiej niż najwykwintniejsze dania. Zdrowa żywność nie musi być droga. Dobre do chleba, a przy tym tanie, są także pasty: z cieciorki, jajek, fasoli, twarogu. Jeśli uważamy, ze produkty ekologiczne są drogie, róbmy dania proste, złożone tylko z kilku składników. W tej prostocie jest przepis na nasze zdrowie. Polubmy kotleciki z ciecierzycy czy kalafiora, nawet mrożonego, bo są więcej warte niż kotlety z mięsa produkowanego metodami przemysłowymi, gdzie zwierzęta żywione są paszą z dodatkiem soi GMO.

Choć wszyscy mówią, ze cukier szkodzi, to jednak wielu z nas jest wręcz uzależnionych od słodyczy. Dla takich osób pani Lidka też ma dobrą radę. – Jeśli ktoś nie może żyć bez ciasta niech sam je piecze – mówi. – Ciasto zrobione z dobrej mąki, masła, czekolady, nawet jak będzie miało dodatek cukru, zaszkodzi nam znacznie mniej niż kupne wyroby, bo nie będzie w takim cieście szkodliwych tłuszczów trans. Pamiętajmy o tym.

Cztery pory roku

– Żyjemy w rytmie przyrody: jest czas pracy, czas żniw i czas odpoczynku – mówią Włodarczykowie. – Praca zaczyna się wiosną, jej plony zbieramy przez lato i jesień, a zimą mamy więcej czasu dla siebie. Wstajemy koło godziny siódmej – nie mamy zwierząt gospodarskich, a jedynie konia, który już się przyzwyczaił do naszego trybu życia. Dzieci idą do szkoły, my zostajemy na farmie, bo przez cały rok jest tu co robić. Zimą jest więcej czasu na czytanie książek, wiosną, latem i jesienią – pracujemy.

Jakie są efekty tej pracy? Zdrowie, szczęście, spokój i… przekonanie, że zrobili to, co chcieli – mały, prywatny raj.

Pamiętajmy jednak, że bliżej natury da się być wszędzie, nie tylko u nas – mówią Włodarczykowie. – Jesteśmy częścią przyrody, warto więc być eko dla własnego dobra. Kto chce sie przekonać, że da się żyć bez chemii i jak smakuje prawdziwa żywność, tego zapraszamy do Szczyrzyca. Ale o lepsze, zdrowsze jedzenie i odrzucenie chemii w domu można pokusić się w każdym miejscu na ziemi. Warto to zrobić. O tym, czy jesteśmy eko, decyduje bowiem nie status materialny, ale nasza świadomość.

 

Wioska Indiańska w Szczyrzycu – www.wioskaindianska.pl

EkoFarma – www.ekofarma.net

Instrumenty i warsztaty etniczne – www.ethnoworld.eu

 

Przepis na chleb na zakwasie:

150 g zakwasu żytniego

300 g letniej wody

300 g mąki pszennej

100 g mąki pszennej razowej

100 g maki żytniej jasnej

1,5 łyżeczki soli

1 łyżeczka suchych drożdży

 

Wszystko razem miksować mieszadłami typu „śruba” przez 7-8 minut. Zostawić na 10 minut, a potem znowu wyrabiać przez 5 minut. Zostawić do wyrośnięcia na 2-2,5 godz. Wszystko zależy od temperatury otoczenia. Ciasto ma podwoić objętość. Przełożyć do foremki wysmarowanej masłem i wysypanej płatkami owsianymi. Piec w 240 °C przez 40-45 min. Gdyby chleb za szybko się zrumienił, można go przykryć na jakiś czas pieczenia folią aluminiową. Po 10 min. pieczenia warto nakryć folią na 15-20 minut.

Tekst: Beata Kozłowska

Zdjęcia: Lidia i Maciej Włodarczykowie

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *