Albo jestem sobą, albo wcale – tyle. Maja Koman

Jedna z najbardziej wyrazistych polskich artystek. W 2015 roku nominowana do nagrody Fryderyki w kategorii „Fonograficzny Debiut Roku”, nie boi się wyzwań. Maja Koman – poznanianka, która mówi to, co myśli, łamie stereotypy. Tworzy i mieszka w Poznaniu, który jest jej bardzo bliski. Z Mają Koman o muzycznych inspiracjach, wizerunku scenicznym i tym, czy łatwo jest artyście funkcjonować poza Warszawą?

Tekst: Redakcja

Zdjęcia: Dawid Słowiński

Zmieniasz się jak kameleon. Twoje sceniczne kreacje oraz repertuar, który wykonujesz, zaskakują. Jaka jest prawdziwa Maja Koman?

Przez ostatnie kilka lat dostawałam to pytanie i zastanawiałam się, o co chodzi. Maja K. jest jedna. Nie dzielę się jakoś od tej na scenie, a tej w domu, oprócz tego, że na scenie mam make-up i jakiś lepszy fatałaszek. Różne kreacje to tylko moja pasja i ciekawość zmian. Lubię siebie widzieć jako kobietę w różnych wcieleniach, bo szybko się nudzę. Muzyczna różnorodność to raczej poszukiwania i eksperymenty, żeby się rozwijać i sprawdzać. Mam dwoje dzieci i masę codziennych zwyczajnych obowiązków, a sztuka moim zdaniem to takie coś, gdzie nie ma granic, gdzie można rozwinąć przysłowiowe skrzydła. Prawdziwa ja to po prostu ja (śmiech).

Łamiesz stereotypy?

Nie wiem…  a tak?

Patrząc na Twoje teledyski i słuchając Twoich piosenek – na pewno.

Wiesz, co powiedział dr House? ,,Jesteśmy najgorszym źródłem prawdy o sobie samych’’.

Walczysz z nowoczesnością, czy bardziej skłaniasz się ku tradycji? Chodzi mi przede wszystkim o podział ról kobieta – mężczyzna.

Zdecydowanie w tej kwestii jestem tradycjonalistką, a wręcz chyba jestem staroświecka. Lubię te określenia ,,mężczyzna to poczucie bezpieczeństwa, otwieranie drzwi i zakładanie płaszcza’’, i inne tego typu staroświeckie znienawidzone przez feministki teksty.  Gadam jak swoja babcia, ale no cóż… gdybym nagle znalazła się w środku zimnego lasu chciałabym mieć poczucie, że mój facet upoluje mi dzika.

 (śmiech)… czyli lubisz się czuć bezpiecznie przy mężczyźnie?

Tak. To dla mnie warunek bycia w związku. Tylko w związku gdzie jestem akceptowana kochana i mam wsparcie wtedy czuję się bezpieczna i mogę się rozwijać (a to dla mnie najważniejsze).

Co najbardziej Cię inspiruje podczas tworzenia muzyki?

Podzielę to pytanie na dwie części. Ogólnie inspiracja to coś, co próbowałam sama sobie wielokrotnie tłumaczyć, ale nigdy mi się nie udało. Czasem są to ludzie, czasem jakieś zdarzenie, wzruszenie, a czasem po prostu chce się coś potworzyć, tak po prostu. Jak komponuję muzykę, to lubię, jak powstaje coś nowego, jak dźwięki raz pasują, raz nie, i trzeba kombinować. Lubię, jak mogę się tym bawić bez żadnych ograniczeń, to takie poczucie wolności przez chwilę. Ciężko to wytłumaczyć. Muzyka to największa potęga. Nie ma potężniejszej sztuki od muzyki.

Chciałbym cofnąć się w czasie do Twojego występu w jednym z programów telewizyjnych „Must be the music”. Jak wspominasz tamten czas?

To było masę lat temu. Namówił mnie kuzyn, bo usłyszał ze można iść z instrumentem. Pojechaliśmy  wspólnie z jeszcze jednym znajomym do Wrocławia w celach zdecydowanie rekreacyjnych, a co do programu to ,,uda się to fajnie, nie to nie”. Śpiewałam po angielsku i francusku. Kuzyn zapytał w pociągu: „a co jak będą chcieli polski?”. A ja na to zażartowałam ,,stary niedźwiedź mocno śpi’’, bo szczerze nie miałam nic polskiego.

I ostatecznie to zaśpiewałaś…

Dokładnie. Oczywiście jury poprosiło o polski utwór, a ja czułam, że płonę z tremy, bo nic nie mam. Więc na melodię znanego utworu Beiruta zaimprowizowałam starego niedźwiedzia… Okazało się to przypadkowo moim pierwszym hitem. Teraz wspominam to jako śmieszną przygodę. Takie programy mają duży plus w momencie, jak już się coś ma i po prostu reklamujesz swój zespół albo siebie. Coverowcy giną albo na szybko robią hity jednego sezonu, i giną. Niestety towarzyszy temu wielkie rozczarowanie ,,nikt mi nie pomógł’’. Niestety są takie czasy, że trzeba mieć na siebie pomysł „od a do z” i przeć oknami i drzwiami. Szukać managerów, producentów, bo teraz to muzycy biją się o managerów, a nie jak kiedyś kolejka managerów do jednego artysty.

Kilka lat później Twoja pierwsza płyta Pourquoi pas, kontrakt płytowy z Warner Music Poland, nominacja do prestiżowej nagrody Fryderyki. Samo pasmo sukcesów. Łatwo było później przebić się z drugą płytą Na supełek?

Pasmo sukcesów (śmiech). Pierwsza płyta faktycznie dała mi pewnego kopa przez utwór Babcia mówi, nominację, no i kilka fajnych okładek. To wszystko pięknie brzmi, ale z tak niszowym materiałem było bardzo ciężko o koncerty. To był bardzo trudny czas dla mnie i w sumie nadal jest. Życie z muzyki, jeżeli nie jesteś znanym popowym zespołem albo nie grasz chałtur, jest praktycznie niemożliwe. Jest ciężko o przebicie, bo jest koszmarna nadprodukcja muzyki, nie tylko w Polsce, ale na świecie. Każdy teraz na czymś gra albo komponuje muzykę. Powiem Ci anegdotę à propos tego. Powstała ostatnio masa programów do komponowania muzyki, że coś naciśniesz, a nuty się same piszą, harmonia praktycznie też, ale ja jestem starej daty, dla mnie komponowanie to klawisze, żywe instrumenty, komponowanie od zera. Przy okazji jakiegoś festiwalu jakiś ,,muzyk’’ pyta mnie, na czym komponuję. ,,Na pianinie’’ – odpowiadam . A on na to ,,a to nie znam tego programu’’ i zaczął przeglądać iPhone’a. Teraz każdy jest producentem, każdy jest kompozytorem, a wokalistek jest więcej niż drzew (śmiech). Tak więc odpowiadając Ci na pytanie o przebicie, nie jest to dzisiaj proste.

Czułaś jakąś presję ze strony środowiska muzycznego nagrywając drugi album?

Niestety tak, i niestety się temu poddałam i popełniłam kilka błędów. Pierwszym błędem było zrobienie całej płyty po polsku. Sporadycznie lubię napisać coś polskiego, ale lepiej śpiewa się po angielsku, no i po angielsku trafiasz do szerszej publiczności. Generalnie tworząc muzykę każdy ma na Ciebie milion pomysłów. „Bądź taka, bądź śmaka, nagraj tak i śmak” – a ja po prostu chcę być sobą. Ucinam i odcinam się od wszystkich, którzy mówią mi, jak mam tworzyć i jaka mam być. Albo jestem sobą, albo wcale – tyle. Dlatego na trzecią płytę nie zapraszam już żadnego producenta ani koproducenta. Poczekacie dłużej, ale potrzebuję zrobić płytę kompletnie sama.

Maju, mieszkasz i tworzysz w Poznaniu. Udowadniasz, że aby funkcjonować w świecie muzycznym, wcale nie trzeba mieszkać w stolicy. Co daje Ci to miasto?

To trochę tak, jakbyś mnie zapytał, jaki mam stosunek do swojego imienia (śmiech). Nie wybierałam go. Mama tu mnie urodziła i wychowywała, tu chodziłam do szkoły i sama potem szybko urodziłam, więc żeby mieć wsparcie, tutaj zostałam. Na pewno lubię to, że wiem gdzie co jest, wszędzie jest blisko, a na taksówkę wydaje się w najdalszym przypadku 30 zł. Ludzie wydają mi się znajomi, choć ich nie znam. Mam tu wielu fanów i zawsze pełną salę koncertową, no i oczywiście przyjaciół i rodzinę.

 

Nie masz ciśnienia na Warszawę?

Mam. Za każdym razem, jak w niej jestem, podnosi mi się ciśnienie, bo wszędzie i jest daleko, i wszystko jest droższe (śmiech). Lubię tam bywać, ale mieszkać bym nie chciała. Zresztą w Poznaniu też nie chcę. Marzy mi się domek na wsi przy jeziorze. Nie lubię dużych miast.

 Masz swoje ulubione miejsca w naszym mieście?

Kocham w Poznaniu to, że jest masa parków, mamy w bliskiej okolicy kilka jezior. Dziesięć minut na rowerze od siebie mam dwa jeziora i las. Mamy Cytadelę, park Sołacki, Ogród Botaniczny i wiele innych. Za to kocham Poznań. Wiele razy z dumą pokazywałam starówkę i okolicę znajomym z Francji. Otworzyła się masa smacznych knajp ze współczesną kuchnią. Kulturalnie też się bardzo rozwijamy, bo jest coraz więcej festiwali i koncertów. Wszędzie jest blisko… Czasami chciałabym spróbować pomieszkać w innych miastach, ale mam dwoje dzieci  w szkołach, więc jak na razie to odpada. Ale jak już się przeprowadzę, to daleko od Polski.

Współpracujesz z Grabkiem. Ostatnio mogliśmy podziwiać Ciebie na najmniejszym koncercie świata w poznańskiej Galerii Szymona Brodziaka. Chyba daleko Ci do komercji?

Nie lubię tych podziałów, komercja, nie komercja… Jest masa znanych zespołów, jak Radiohead czy Massive Attack, daleko im do komercji, a są znani na całym świecie. Tak więc sam oceń, czy mi daleko, czy blisko. Co do Grabka, poznaliśmy się lata temu przez wspólnych znajomych, dał mi wtedy swoją pierwszą płytę wydaną w domu i się absolutnie zakochałam jego brzmieniu. To było nowe i inne. Ponad dzisięć lat później zaprosił mnie na płytę, i na kilka koncertów, m.in. na te które graliśmy dla Brodziaka i tak poznałam Brodziaka, kolejnego odjechanego poznaniaka (śmiech).

 

Odnoszę wrażenie, że tworząc taką muzykę i będąc tak wyrazistą osobą, za granicą osiągnęłabyś ogromny sukces.

Może tak, może nie. Pamiętaj, że za granicą jest dwa razy więcej artystów, więc jeszcze ciężej się wybić. Nie wiem, dopóki nie spróbuję. Chciałabym spróbować, ale muszę poczekać, aż dzieci będą starsze, bo małe są tylko raz, a kariera nie będzie mi smakować kosztem ich smutku ,,bo mamy nigdy nie było’’. Na szczęście muzyki się słucha, a nie ogląda, więc wiek nie wykluczy mnie z tworzenia. Mogę też pisać kawałki dla innych, no i muzykę filmową, co docelowo chciałabym robić w tym moim domku na wsi.

Oprócz muzyki imasz się też reżyserii, co często podkreślasz. Ostatnio dostałaś nawet nominację do Screen and sound Festiwal. Skąd ta pasja?

Film jest najciekawszym zjawiskiem świata, bo łączy ze sobą dwie najważniejsze sztuki świata: obraz i dźwięk. Mając siedem-osiem lat powiedziałam mamie, że będę robić filmy. Pole do popisu ma masa osób, możesz powiedzieć, co chcesz i jak chcesz. Jest to niestety kosztowne i trudne zajęcie. Jest się też uzależnionym od wielu osób. Ale wielu początkujących reżyserów robi animacje i krótkie metraże, samemu wybierając jakieś uproszczone formy. Mój śp. tata nauczył mnie  patrzeć i pracować z obrazem, sam był fotografem i operatorem. Zostawił po sobie trochę sprzętu, którego nie śmiałabym marnować. Robiąc porządki u córek znalazłam lalki, którymi się już nie bawią i postanowiłam zrobić animację po klatkową pt. Summa.  Zajęła mi miesiąc. Tak się napracowałam, że postanowiłam znaleźć jakieś festiwale, gdzie mogłabym to pokazać  i znalazłam Screen and Sound Festiwal. Dwa miesiące później dowiedziałam się o nominacji. Nie wygrałam nagrody głównej, ale spośród setki filmów jury wybrało mój film, co już jest ogromnym wyróżnieniem, a na gali rozdania nagród zobaczyłam Summę na dużym ekranie. To był moment warty takiej pracy. Spełnieniem marzeń będzie długi metraż z własną ścieżką dźwiękową.

To czego możemy spodziewać się jeszcze po Mai Koman w najbliższym czasie?

Nie mam pojęcia (śmiech). Poznaniaków zapraszam na koncert w Meskalinie – 14 stycznia, siódma rocznica mojego grania na scenie. A z resztą zobaczymy. Nie będzie nudno!

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *